Rock’n’roll środka -Gentleman! „Cinco de Mayo”, wyd.SkanAnka Records 2014

6 lutego 2014 11:05

Polska scena gitarowa cierpi na brak zespołów, które łączyłyby ambitne alternatywne granie, z melodyjną przebojowością. Trójmiejski Gentleman! idealnie wypełnia tę niszę.

Gentleman! „Cinco de Mayo”, SkanAnka Records 2014

Rozejrzyjcie się. Jeszcze w ubiegłej dekadzie można było spokojnie wymienić nazwy kilku grup wpisujących się w ten schemat – Negatyw, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach, The Car Is On Fire, Cool Kids of Death. Dziś nawet jeśli część z nich nadal gra, to już nie z tą samą świeżością. Ciekawych krajowych propozycji dla fanów muzyki wychowanych na „Surfer Rosa” czy „Pablo Honey” dzisiaj brak. Druga płyta Gentleman! „Cinco de Mayo” to idealne lekarstwo na tę chorobę.

Przez blisko cztery lata oddzielające krążek od debiutu „Opowiem ci kilka historii” grupa nabrała charakteru. Pierwsza płyta brzmiała jak zrobiona przez kapelę, który chce brzmieć jak wszystkie zespoły nowej rockowej rewolucji jednocześnie. W efekcie wyszedł całkiem niezły materiał, choć miejscami nierówny (jeśli jeszcze go nie znacie, zacznijcie od piosenki „Jaśkowa”, gdzie grupa połączyła znakomity polski tekst z interpolowymi melodiami). „Cinco de Mayo” to album do którego idealnie pasuje określenie „dojrzały”.

To płyta dla fanów jazgotliwych gitar i przesterów, którzy mimo wszystko najbardziej cenią sobie dobrze zrobione piosenki. Grupa wiernie trzyma się tej prostej formy, dbając o urozmaicone aranże. W każdym numerze coś się dzieje – „Intro” to zadziorny kawałek, oparty na przesterowanym basie w klimacie BRMC, po którym w dance punkowy klimat wprowadza nas „Kopiuj – wklej”. Świetnie wypadają „Synergia” i „Edwyn Collins”, które równie dobrze mogłaby pojawić się na płycie The National.

Krążek ma przemyślaną strukturę. Całość rozpoczyna wyraziste „Intro” z wykrzyczanym głośno manifestem: „Ta scena jest kozetką / na której leżę wpatrzony w dal / mam przed oczami przeszłość / dzisiaj terapii nadszedł czas”. Połowę albumu wyznacza instrumentalny „Wielki czarny pies”, a im bliżej końca tym mroczniej. Spójny charakter płyty, to z pewnością także zasługa producenta Krystiana Wołowskiego z grupy Dick4Dick,  który posiada nie tylko nieźle wyposażone studio, ale również szerokie spojrzenie na muzykę (słychać to chociażby na ostatnim albumie jego formacji).

Boli, że tak dobry materiał zespół musiał wydać własnymi siłami. Niech jednak was to nie zniechęci. „Cinco de Mayo” to obowiązkowa pozycja dla fanów gitarowej alternatywy.

Ocena: 8/10

Marcin Bieniek

 


Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›