Wywiad z organizatorem Festiwalu Muzyki Nieprzewidywalnej “Gołfest”, Wojciechem Gołębiowskim.

6 maja 2012 11:57

Niniejszy wywiad miał się ukazać na naszych łamach jeszcze przed festiwalem, jednak miniony tydzień był tak obfity w wydarzenia kulturalne, że obowiązki redakcyjne zeszły na dalszy plan. Mimo, że od Festiwalu Muzyki Nieprzewidywalnej “Gołfest” minęło już kilka dni, zapraszamy do lektury rozmowy z jego organizatorem, a jednocześnie animatorem kultury oraz muzykiem (m. in. Mały Lekki Ojciec, ex-100TVarzy grzybiarzy) – Wojciechem “Gołym” Gołębiowskim. A w dziale Fotorelacje kilka słów nt. części koncertów festiwalu i fotoreportaż.

Łukasz Folda:Nie jesteś osobą anonimową na zagłębiowskiej scenie muzycznej, m. in. grasz na gitarze w akustycznej odsłonie Natural Mystic, ale uczestniczyłeś też w kilku innych projektach. Jak wygląda Twoja działalność jako muzyka?

Wojciech “Goły” Gołębiowski:Wiesz, na przestrzeni ostatnich 25 lat mojej działalności muzycznej było tego niemało. Wymienię może kilka: Transkolektyw, Nierealne Warzywa, Próbka. Generalnie to cała paleta kapel – od sceny hardcore-punk, po klimaty około yassowe, jak i scena eksperymentalna.

Byłeś tez basistą 100 Tvarzy grzybiarzy. Czemu ten zespół przestał istnieć?

Zespół przestał istnieć, bo wylazły nasze prawdziwe natury i demony i przestaliśmy. Umieć ze sobą egzystować, tworzyć, po prostu być. Czas płynie dalej, a my z nim, tylko niekoniecznie razem. Aczkolwiek muszę przyznać, że większość byłych członków zespołu dobrze sobie radzi. Ćwiora bębni w 52um-ie z Robkiem Brylewskim i w Końcu Świata, słyszałem że w kilku innych projektach. Zajdziu gra w Pieniondzach z Jemsem, Zagrychem i Gieniem, a ja robię festiwal i nie narzekam na brak zajęć muzycznych. W przygotowaniu druga płyta Natural Mystic akustycznie, a i ostatnio zaangażowałem się w nowy projekt, który już niedługo wybuchnie, ale nie powiem co to.

Jak oceniasz zagłębiowską scenę muzyczną? Na pewno jest to silny ośrodek polskiego reggae.

Można różne słowa o sobie nawzajem wypowiadać, czasem dobre, czasem uszczypliwe, ale tak naprawdę noszę w sercu wielki szacunek dla takich ludzi i zespołów, jak Konopians, Ziggie Piggie, Natural Mystic, Stecyk, Papaj, czy śp. Dareczek, bo są muzyczną solą tej ziemi. Poza tym uważam, że żyjemy w tak opresywnym kraju, że bycie tutaj muzykiem niezależnym grozi chorobą psychiczną i tylko najsilniejsze jednostki mają rację bytu i tworzenia bez jakiejś cieżkiej schizy. Dlatego ważne jest, żeby się integrować, póki tu jesteśmy na tym łez padole. Musi coś być na rzeczy, jeśli jest tylu dobrych muzyków w jednej aglomeracji.

Pojawiały się też grupy takie jak Yapko, jest Searching For A Calm, a i swego czasu Sosnowiec był siedzibą 52umu. Które grupy lubisz, które polecasz?

Które lubię i polecam? Kibicuję tak naprawdę wszystkim. Akurat wymieniłeś ziomów z mojego najbliższego środowiska, z którymi zgraliśmy setki, a może i tysiące godzin. Co tam, miliony! Na pewno 52um, który jest dla mnie obowiązkową pozycja ze względu na treści, które przekazuje w swoich tekstach Konrad Januszek. Poza tym, ostatnio słucham dużo Małego Lekkiego Ojca (żart, “Goły” jest perkusistą wymienionego zespołu – przyp. redakcji) i Animatorsów, którzy grają w Energetycznym Centrum Kultury im. Jana Kiepury w Sosnowcu. To miejsce w ostatnim okresie stało się swoistą ostoją muzyki nie tylko klasycznej, ale i niezależnej, za co wielki szacuneczek dla pana dyrektora.

Czy przed festiwalem zajmowałeś się promocją muzyki? W jakich klubach, ośrodkach kultury?

Ostatnie 20 lat mojego życia wyglądało tak, że miałem kilka kapel, w których byłem muzykiem, menadżerem, kierowcą, pijakiem i czym sobie tylko wymarzysz, ale lata lecą i, jak to się mówi, nie możesz być jednocześnie tworzywem i twórcą. Przyszedł czas, że serducho nawaliło… wylądowałem na tydzień na wewnętrznym w pobliskim szpitalu i przez tydzień czasu odwiedziła mnie tylko żona z dzieciakami… Tylu ludzi cię zna, a jak jesteś w potrzebie, okazuje się, że tylko rodzina ci zostaje… więc trochę odpuściłem. I dobrze, bo widzę, że sprawy układają się po mojej myśli, czyli od koncertów jest teraz pan menago, a ja jestem tylko muzykiem. Jeśli chodzi o kluby, na pewno jest to ogromna część mojego życia. Były to niezapomniane Remedium, potem Desmond (U Desmonda Dekerta, nieistniejący klub z Sosnowca – przyp. redakcji), Carnaby i wiele innych, których już nie pomnę.

Pierwsza edycja Gołfestu odbyła się w 2008 roku. Co Cię skłoniło do organizacji festiwalu? Mała ilość wydarzeń kulturalnych w Sosnowcu? Oferty Art Cafe “Muza”, klubokawiarni “Pod Spodem”, czy Zamku Sieleckiego nie są złe, a w niektórych miesiącach – w kontekście całego okręgu katowickiego – wręcz zjawiskowe. Jakie są założenia festiwalu muzyki nieprzewidywalnej? Prezentowania alternatywy dla mainstreamu i imprez typu święto miasta? Jak budujesz program?

Założenia są proste: łączenie starych wyjadaczy, którzy są na rynku muzycznym już wiele lat z amatorskimi kapelami, które mają w sobie nie tylko pozytywną energię, przekazywaną podczas koncertów publice, ale i coś, co człowieka wrażliwego skłania do refleksji. Mainstream? A cóz to jest?! Główny nurt u mnie w kiblu!? OK, już spuszczony!

Dlaczego jako lokalizację festiwalu wybrałeś Kazimierz Górniczy i tamtejszy dom kultury? O ile dla ludzi z Sosnowca dojazd na miejsce nie stanowi problemu, dla osób z Katowic, nie wspominając o Bytomiu, Gliwicach, czy Tychach, może być nieco kłopotliwy. To praktycznie obrzeża konurbacji śląsko-dąbrowskiej.

Wychodząc z tego założenia – nie pojadę na OPENERa nad morze, bo się zgubie jeszcze po drodze. Jeżeli dla kogoś w dzisiejszych czasach takie rzeczy są przeszkodą, nie są prawdziwymi odbiorcami muzyki, tylko już E-odbiorcami.

Dzięki za rozmowę.

Łukasz Folda, kwiecień 2012


Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›