Wywiad z Jackiem Lachowiczem

26 kwietnia 2011 22:24

Przemysław Spadło : Wersja 2011 miała zawierać w sobie legendarną już energię która widoczna jest na koncertach, Taki był cel. Czy teraz słuchając jej na spokojnie myślisz, że udało się to osiągnąć?

Jacek Lachowicz: Ciężko powiedzieć, bo ja nie mam dystansu do tego co tam zostało zrobione. Natomiast taki był zamysł i próbowaliśmy to wszystko nagrać i potem wyprodukować, żeby gdzieś tam była namiastka właśnie tego co się wydarzyło na koncertach, i co się zrodziło podczas egzystencji tych utworów , ładne 7 lat. Także staraliśmy się bardzo mocno, żeby uzyskać podobną energię i taką świeżość koncertową, ale też przez to, że zrobiliśmy to w innych wersjach. Ta płyta bardzo się różni w stosunku do tej która została wydana w 2004 roku. Wydaje mi się, że jest to inne podejście do utworów. Powiem szczerze, że ja jestem zadowolony.

P.S.: Podczas słuchania waszej nowej płyty, pierwsze kawałki sprawiają wrażenie jakby wokal był z innego świata niż reszta muzyki, jakby lekko nie pasował. Później wszystko jest już idealnie zgrane. Był to celowy zabieg czy raczej wynika on ze stopniowego dogrywania się, zwłaszcza, że nagrywaliście na „setkę”?

J.L.: Może one [pierwsze utwory – przyp.red] są po prostu inaczej zaśpiewane i nie ma kontekstu mojej osoby tylko początek jest taki dosyć mocno otwarty, bądź z takim pomysłem jak np. „Bad Potato” który jest zupełnie tak olewczo zaśpiewany. Pierwsze utwory, jak „Biegnę” który jest dosyć mocny, potem „Bad Potato” i znowu „My Friends” jest znów taki zupełnie nie w moim stylu, takim bardziej nazwijmy to power-popowym, ja bym to określił w ten sposób. To jest trochę tak, że próbowaliśmy mieć pomysł na każdy utwór, to znaczy żeby te utwory nie były taka kalką samych siebie. Czyli, nie robimy pierwszych 5 utworów, które są jakoś podobne do siebie, tylko zastanawialiśmy się jak ugryźć je, żeby każdy miał swoja jakość., trochę to tak jest. Ta płyta oczywiście jest w jakimś sensie dwuczęściowa, czyli te pierwsze utwory są bardzo energetyczne, właściwie pierwsze 6 kawałków prawda, potem zaczynają się już inne historie i przewracamy się na inną stronę. Bardzo zależało nam na tym, żeby to było atrakcyjne do słuchania, a nie żeby się tutaj mocno inspirować czymś takim jak koncert.

P.S.: Zastanawiam mnie, bo “Wersja” jest trochę mocniejsza, ma więcej takiej grozy w sobie. Gdzie to miejsce dla takiego lirycznego, spokojnego kawałka jak „Szóstka”?

J.L.: Zadziałaliśmy na zasadzie kontrapunktu. W zasadzie ta płyta jest mocna, dosyć głośna i czasami przydaje się coś takiego, aby załapać chwile oddechu, powietrza na przesłuchanie kolejnych utworów, które gdzieś tam bardziej ukierunkowują się w stronę rockową, takiego mocnego grania z elementami elektroniki. Także „Szóstka” to jest utwór który czasami się zdarza, on sam w sobie czy to grany z gitarą czy tak jak tutaj go nagraliśmy, on zawsze gdzieś tam będzie się bronił. Natomiast nie chcieliśmy robić z „Szóstki” wersji metalowej, tylko właśnie taki kontrapunkt dla całej płyty.

P.S.: Płyta nagrana została w ciągu dwóch dni, ekspresowe tempo. Czy nie nagrywa się w taki sposób nieco trudniej?

J.L.: Nie, nie nagrywa się trudniej, tylko jedyną kwestią jest to czy jesteś przygotowany do sesji czy nie. My te utwory mamy dopracowane. Obudzeni w środku nocy możemy je zagrać w podobnych wersjach i z podobnym natężeniem jak na płycie. Myślę, że one trochę wyskoczyły nam z rękawa jak królik z cylindra, i z dużą łatwością nam to przyszło. Bardziej zależało nam na tym aby się zabawić niż żeby się jakoś strasznie napinać i uzyskać coś czego gdzieś tam może do końca nie czujemy. Nie chodziło nam o jakąś straszną produkcję i aby płyta była dopieszczona tylko, żeby grać na poziomie z koncertu.

P.S.: Dystrybucja płyty w internecie i szlachetny cel uświadamiania ludzi. Nie baliście się z jednej strony, że plan nie wypali bo jednak Polak lubi kombinować , a z drugiej, że część słuchaczy zechce raczej mieć namacalną płytkę.?

J.L. Jeśli chce mieć namacalna płytę to nie jest powiedziane, że taka płyta się nie ukaże, to znaczy raczej w formie winylowej, a jak będzie ciśnienie żeby nagrać kompakt to jeszcze się zastanowimy. Uświadamianie jak najbardziej, chociaż gdzieś tam te obawy, które tutaj przedstawiłeś, że Polacy lubię kombinować i szukać sobie innych wyjść, to już jest ich sprawa, ich sumienia. Generalnie zależy nam na ludziach młodych, którzy dopiero wchodzą gdzieś tam w słuchanie muzyki i odkrywają różną muzykę, nie tylko taką która leci w radio. Myślę, że lepiej jest się posługiwać internetem, bo jest szybciej, łatwiej, nie trzeba iść do sklepu w których z reguły nic nie ma, trzeba to zamawiać. Ja osobiście jestem bardzo rozczarowany, że idąc do sklepu największej sieci typu Empik i chcę kupić jakąś płytę o której słyszałem czy przeczytałem, to okazuje się, że tego nie ma i pozostaje mi poszukać w internecie. Robię tak, że odsłuchuję płytę, później jak mi się spodoba, to ja kupuję, czasem kupie też winyl aby mieć namacalną własność. Natomiast czy to nam się uda to się każe, cały czas pracujemy nad tym, a nie jest to jednak łatwe aby namówić na kupowanie muzyki w internecie

P.S. Ja gratuluję odwagi, bo jakby nie było taka forma sprzedaży to coś na przyszłość, kiedyś musi być ten pierwszy krok. Dobrze, że artyści myślą o tym bo to gwarantuje rozwój.

J.L.: Myślę że to są takie czasy, po prostu kolejne medium zaczyna coraz mocniej egzystować w naszym życiu. Kiedyś było radio, kasety, płyty kompaktowe doszliśmy to takiego momentu w którym muzyka nie musi fizycznie istnieć wystarczy ja ściągnąć czy to na komputer czy na Ipoda. Myślę, że na świecie jest już to zakorzenione, natomiast u nas to ciągle praca organiczna i trzeba uświadamiać ludzi, że jednak takie ściąganie za friko to jest gdzieś tam moralnie nie akceptowane. Też nie chce nikogo rozliczać, tylko wolę kogoś nauczyć, żeby zapłacił te przysłowiowe 2,50 zł jeśli nie chce kupować całej płyty… bo jeden utwór kosztuje 2,50 zł, natomiast cała płyta czyli 10 kawałków kosztuje 19 zł. Także zapraszam na stronę mikroshop.pl tam można kupić, bądź odsłuchać najpierw, jeśli ktoś nie jest pewny.

P.S.: Jesteście prawdziwą machiną koncertową, świetnie na nich brzmicie, ludziom się podoba. A jak ty sam do tego podchodzisz, w stosunku do koncertowania z poprzednich płyt?

J.L.: My lubimy grac koncerty, chociaż nie gramy ich jakoś strasznie dużo. Nie jesteśmy permanentnie w trasie koncertowej, tylko staramy się teraz grać mniej koncertów, ale żeby były one  bardziej przygotowane. Z perspektywy lat hmm… Chyba jednak Polski rynek koncertowy jest rozbity przez tak zwane imprezy darmowe i pokazywanie się w miejscach które nie są stricte koncertowe. Na świecie istnieje jednak potrzeba grania klubowego i ludzie ciągle spragnieni są oglądania i słuchania swoich ulubieńców na scenie. Jednak uważam, że u nas istnieje coś takiego jak rynek festiwalowy, wakacyjny i bardzo prężnie się to rozwija, i to jest bardzo fajna akcja, ale jeśli chodzi o rynek klubowy to te miesiące od września do powiedzmy czerwca-maja są takimi miesiącami chudymi. Są pewnie zespoły które się sprzedają, przyciągają jakąś rzeszę ludzi, ale są też zespoły czy imprezy które są generalnie wtopami i zastanawiające jest to nie jest coś złego, tylko wydaje mi się, że ludziom trochę nie chce się chodzić na koncerty. To wszystko pewnie gdzieś ma swoje źródło w słabej reklamie. Ten kto robi koncert powinien staną cna głowie aby przyszło te przysłowiowe 100 osób.

P.S.: Coś w tym jest. Bo taki Open’er czy Coke mają wielkie kampanie reklamowe i wiele osób idzie tam tylko dlatego, że się reklamują, że wszyscy tam idą itp.

J.L.: Dokładnie… a mi się wydaje, że rozwój muzyki nie następuje na festiwalach tylko następuje w klubach. Nie zawsze wszyscy mogą się dostać na festiwal żeby zagrać. Natomiast klub nie potrzebuje aż takich nakładów finansowych aby zrobić koncert. A możemy tam zobaczyć czasami bardzo ciekawe rzeczy, które dopiero za jakiś czas pojawią się na festiwalach.

P.S.: A jak tam wasza trasa się zapowiada?

J.L.: Mamy, nie do końca jeszcze ustalone co i jak. Gramy 19-stego [kwietnia – przyp.red.] w Trójce koncert na żywo, potem zobaczymy. Albo będę jakieś festiwalowe sytuacje, może coś więcej. Ale wydaje mi się, że taka pełnowymiarowa trasę będziemy mogli zagrać dopiero ja jesieni.

P.S.: Jak sądzisz czy muzyk ambitny, który ma pomysł na swoja muzykę, wychodzi mu to, skazany jest w Polsce na bycie „offowym”? Nie mam tu na myśli nic konkretnego, jednak taka tendencja się narodziła.

J.L.: To jest złożona sytuacja i wydaje mi się, że to jest trochę tak, że z jednej strony trzeba  ustalić kto to jest muzyka ambitny i dlaczego pn jest ambitny. Czy dlatego że chce osiągnąć sukces czy dlatego że chce się pokazać artystycznie. To są dwie rzeczy które trzeba rozgraniczyć, bo wydaje mi  się, że zespół Feel też jest ambitny, prawda, natomiast nie wiem czy możemy mówić w ich przypadku, że to kategoria jakiejś sztuki. To jest po prostu na bardzo dobrym poziomie działalność użytkowa czy tam estradowa. Natomiast wiesz, muzyk który próbuje coś nowego odkrywać, przekazywać to swoim językiem, tutaj mamy do czynienie z ambicją artystyczną. Mamy takie a nie inne myślenie jeśli chodzi o naród i jesteśmy raczej pozamykani. Boimy się nowości, a podoba nam się to co już gdzieś tam słyszeliśmy. Myślę, że środki masowego przekazy, zwłaszcza publiczne powinny promować polską twórczość, Proporcje powinny być odwrotne, nie 70 do 30 na korzyść muzyki zagranicznej, ale powiedzmy 70 do 30 na korzyść muzyki polskiej. Jeśli gramy to gramy wszystko co wydaje nam się nowe w naszym kraju. To jest rozwój i spowoduje, że nowe rzeczy zaczynają się przebijać, czyli załóżmy te ambitniejsze. Wydaje też mi się że nikt kto bierze się za cokolwiek nie chce być nie popularny, bo jest to działalność związana z tym żeby ludzie przychodzili na twoje koncerty i kupowali płyty. Jeśli decydujesz się wejść na scenę to decydujesz się na to żeby komuś to grać, to może być nawet twoja siostra czy brat, ale już między wami zawiązuje się niewidzialna nić pewnej zależności. Skoro ja się decyduje grać, ty decydujesz się tego słuchać. Także jeśli chodzi o offowość to byłbym z tym ostrożny, bo wydaje mi się że jest to teraz taki mit który sobie utkaliśmy w momencie gdy coś się nie sprzedaje, mówimy że jest offowe i to znaczy że jest to trochę lepsze. Niekoniecznie, czasami jest tak że nawet jeśli coś się sprzedaje może być na prawdę bardzo fajne, interesujące i odkrywcze. A czasami nawet to co wydaje się offowe nie musi być wcale bardziej wartościowe od tego co jest popularne.

P.S.: Trudną kwestią w tym przypadku są pieniądze, zwłaszcza dla młodego i nie znanego wykonawcy. Da się wyżyć w Polsce z grania alternatywy?

J.L.: Ja akurat mam to szczęście że jestem muzykiem i robię swoje rzeczy i potrafię się z tego utrzymać na w miarę dobry poziomie. Wydawanie moich płyt to nie jedyna działka z której się utrzymuję, natomiast staram się wykorzystywać ten talent, który wydaje mi się, że posiadam, czyli umiejętność łączenia ze sobą dźwięków. Oprócz tego, że robię płyty to wymyślam jeszcze muzykę do filmów fabularnych, czy do seriali, które mają się ukazać. Ale wiesz, zdarza mi się zrobić muzykę do reklam i wcale nie mam z tego powodu jakiś problemów moralnych, czy dobrze robię czy źle. Robię to w ten sposób, jak powiedział wielki Martin Scorsese, że czasami zrobi dwie, trzy reklamy w roku po to żeby spokojnie sobie zrobić jakieś dwa filmy swoje, takie jakie chce, i ja trochę podchodzę do tego w podobny sposób. Żeby nie ciśnieniować jeżdżąc po całej Polsce z koncertami i przywieźć przysłowiowe 200 zł, tylko chce żyć na jakimś poziomie. Najważniejsze jest to żeby się nie zamykać, jeśli jest jakaś okazja to spróbuj, a jeśli nie ma okazji to sobie ją stwórz, wtedy łatwiej żyć.

P.S.: To bardzo mądre i rozsądne podejście. Taka jest prawda że jak masz kasę to nie musisz się o nic martwić, nie musisz robić swojej muzyki po to aby zarobić, możesz grać prosto z serca.

J.L.: Tak, tak.

P.S.:Mówiłeś o innych twoich zajęciach. Zajmujesz się jakimiś projektami teraz, oprócz granie ze „Świnkami”?

J.L.: Wiesz co, teraz kończymy taki duży projekt HBO, pierwszy raz w Polsce jest taka duża produkcja, premiera na jesieni. Zastanawiam się nad kolejną płytą i parę rzeczy jeszcze w tym roku chciałbym zrobić, bo część materiału już jest i została tylko kwestia wejścia do studia, nagrania i przygotowania tego do wydania. Ale nie wiem czy tutaj nie będę się zastanawiał nad konkretnym wydaniem tego w odpowiednim czasie. W międzyczasie powstają też jakieś rzeczy, jestem raczej człowiekiem który lubi to co robi i raczej dosyć dużo pracuję. Także nawet jak nie nagrywam to i tak mi tam w głowie coś świta i próbuję to układać, zapamiętywać i potem wykorzystywać.

P.S.: A jak przeżycia z planu video clipu do Biegnę?

J.K.: Wiesz co, bardzo fajnie. Ja mam nadzieję, że będzie widoczny niedługo efekt tego wszystkiego. To jest, wiesz, przyjacielska sytuacja. Umówiłem wszystkich tych, którzy mogli by mi pomóc , przede wszystkim moją żonę, która jest reżyserem clipu, Filip Przybylski napisał scenariusz. Dominik z moją żona zrobili zdjęcia. Clip jest teraz montowany i zobaczymy co z tego wyjdzie. W każdym bądź razie wyglądało to bardzo fajnie, nie wiem czy widziałeś zdjęcia.

P.S.: Tak, świetnie to wygląda.

J.K. Mam nadzieję, że to zazębi się w odpowiednią całość. Nie będzie to nic Hollywood’u, ale będzie interesująco.

P.S.: Dzięki za wywiad.

J.K.: Dzięki

 

Przemysław Spadło, kwiecień 2011

photo:www.myspace.com/jaceklachowicz


Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›