Wycieraczki skrzypiące w as-dur – wywiad z liderami zespołu Muariolanza

21 września 2011 21:43
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Muariolanza jest zespołem znanym szczególnie w woj.śląskim, choć ostatnie występy w programie Kuba Wojewódzki, czy skuteczna promocja przez przeróżne kanały – od radiowych po internetowe – zapewne zasiliły szeregi fanów zespołu. Określają swoją muzykę ambient-jazzem, choć na pierwszy rzut ucha – szczególnie na ostatnich dwóch płytach – są to przyjemne, wpadające w ucho jazzowe piosenki, których struktura czasami rozwita w trakcie częściowo improwizowanych koncertów. By przekonać się, ile ambientu i jazzu jest w Muariolanzie, jak godzić rolę dziennikarza muzycznego z wokalistą zespołu oraz – by dowiedzieć się jakie są plany grupy na najbliższe miesiące, spotkałem się z liderami Muariolanzy: Mariuszem Orzełowskim i Marcinem Babko w klubie 50×50 w Katowicach. Efekty rozmowy poniżej. Górnośląski Informator Muzyczny – jako jedno z pierwszych mediów – ogłasza szczegóły nowej płyty ambient-jazzowej grupy z Sosnowca. Przy okazji w dziale Fotorelacje preznetujemy kilkanaście fotografii z koncertu, który odbył się kilka miesięcy temu na terenie KWK Katowice/Ferdinandgrube (teren budowy Muzeum Śląskiego) w ramach Nocy Muzeów w Katowicach.

Wielu fanów Muariolanzy zdaje sobie sprawę, że Wasza dwójka jest trzonem składu zespołu, niewielu dziś interesują początki, korzenie, stąd moje pytanie: kiedy i w jakich okolicznościach się poznaliście?

Marcin Babko: W autobusie 26 albo 150. Wtedy to chyba jeszcze 26.

Mariusz Orzełowski: Był to autobus, który jeździł na Bór (dzielnica Sosnowca – przyp. autora). Ja tam mieszkałem, Marcin się tam wprowadził. To był gdzieś 1994 rok, gdzieś w tych granicach, a może wcześniej nawet?

MB: Pod koniec 1993 roku przeprowadziłem się do Sosnowca na studia. Najpierw poznałem Agnieszkę, siostrę Mariusza, a kilka dni później Mariusza… A może odwrotnie? W każdym razie, zaczęliśmy rozmawiać o muzyce, Mariusz już miał zespół, ja szukałem zespołu. Wcześniej mieszkałem w Nowym Sączu, gdzie śpiewałem w zespołach bluesowych, punkowych, reggae’owych. Szukałem czegoś tutaj, chciałem coś robić, Mariusz już grał w zespole.

Zupełnie przypadkowo, nie było wtedy żadnych koneksji muzycznych?

MB: Okazało się, że mieszkamy na jednym osiedlu, kilkaset metrów od siebie.

Czy graliście w jakichkolwiek zespołach, zanim się poznaliście?

MO: Ja zacząłem się sam uczyć grać na gitarze. Później kolega miał znajomego, który też grał na gitarze, znał ludzi z jakiegoś zespołu metalowego z Jaworzna, uczyłem się grać u niego. Później poszedłem do szkoły muzycznej, gdzie grałem w różnych szkolnych zespołach, których nazw już nie pamiętam. Były to zespoły bardziej na potrzeby występów.

Bardziej interesują mnie zespoły nieakademickie.

MO: To są zupełne początki, miałem wtedy 16 lat, zapisałem się do szkoły prywatnej. Później, w tym samym okresie poznałem Drezynę, który miał zespół Growing Tips. Ten zespół przerobiliśmy na Młajli (grupa-matka Muariolanzy – przyp. autora). Doszło do podziałów, dwie osoby poszły w inną muzykę, my chcielismy robić inną. Dołączył do nas Gruby, czyli Arkadiusz Wieczorek…
MB: Dziś słynny akustyk.
MO: Świetnie grał na basie. Później dołączył Paweł Maliszczak, po jakimś czasie zaczęliśmy grać z Trolem, który był gitarzystą, ale z nami zaczął grać na basie.
MB: Miał bardzo fajny domek, gdzie graliśmy próby. Było to w latach 90-tych. najlepszy okres pod względem przyjacielskim, obyczajowym, kumpelskim, nie wiem, czy pod względem muzycznym. Mieszkaliśmy i graliśmy na tym samym osiedlu.

To była grupa Młajli?

MB: Tak. Tak naprawdę tylko Wieko, który grał na perkusji, nie był z Boru, ale miał dziadków na tym osiedlu, więc często z nami przebywał. Mieliśmy często próby, to było ok.

Ta grupa się często przewija w Waszej biografii. Czy to był projekt studyjny, duet, większy zespół koncertowy?

MB: To był normalny zespół, graliśmy od 1995 do 2000 roku, pięć lat… i tyle (śmiech). Sekcja się cały czas zmieniała.
MO: Zanim powstało Młajli i Growing Tips miałem przygodę, grałem z Frontside, zagrałem z nimi dwa koncerty z nieznanym jeszcze wtedy Kalibrem 44. To była fala łączenia muzyki hardcore’owej z rapową. Zupełnie inna muzyka. Później, gdy rozleciał się zespół Młajli, poszedłem na studia, powstał zespół Hotel na Sri Lance, gdzie grywałem z Bartkiem Papajem i Rudim, zagraliśmy około sto koncertów pod tą nazwą, a w międzyczasie w Cieszynie, gdzie studiowałem zakolegowałem się ze Sly’em i Pierre’m. Później zaczęliśmy grać jako Hotel na Sri Lance.

Czyli obecny skład Muariolanzy?

MB: Beze mnie i bez Czeta, to było w Cieszynie.
MO: Marcina jeszcze nie było. Zmieniał się jeszcze Leszek Hurtig, czasami stawał na basie. Raz wystąpił Kosma, bardzo fajny basista. Zagrał z nami jeden z pierwszych koncertów.
MB: Z Muariolanzą w Rialcie, na samym początku.

Czyli można powiedziec, że Muariolanza powstała w Cieszynie, gdzie studiowaleś?

MO: Poznaliśmy się tam z chłopakami, z sekcją poznałem się właśnie tam. To był rok 1997.

Najpierw studiowałeś w Cieszynie, czy w Katowicach?

MO: Na początku studiowałem w Cieszynie, później jak skończyłem uniwersytet , zdawałem na akademię i tam też kontynuowałem naukę na akademii. Tak mi się to przedłużyło, że w wieku 30. lat skończyłem naukę, taką szkolną, bo generalnie cały czas się uczę.

Można powiedzieć, że po tułaczce po wielu zespołach poczułeś, razem poczuliście, że w tym składzie chcecie grać?

MO: Kontynuujemy to od jakiegoś czasu i walczymy o to, żeby się przebić. Czasami wracamy do piosenek Młajli, na poprzedniej płycie się pojawiły, na pierwszej.

Na Muariolandzie.

MO: Czasami zaczerpniemy coś z dawnych piosenek.
MB: …ale coraz rzadziej uprawiamy ten recycling.
MO: Staramy się przede wszystkim rozwijać, bo to najważniejsze, żeby ewoluować.
MB: W Młajli był zawsze problem z sekcją rytmiczną. Nigdy nie wyszliśmy poza okres prób, graliśmy przez pół roku z jedną sekcją, coś się działo, wymiękał perkusista, albo nie chciał grać, albo nie mógł, albo my nie chcieliśmy z nim grać. Przez następne kilka miesięcy traciliśmy czas na  próby z nowym członkiem zespołu. Zagraliśmy ileś koncertów, graliśmy w jakichś przeglądach, coś tam wygrywaliśmy, nagraliśmy parę piosenek.

To byli ludzie z Sosnowca, z Mysłowic?

MB: Z Sosnowca, z Mysłowic, z Katowic.
MO: Na samym początku Herbata, Kajca – oni odeszli po pierwszej próbie, z nami został tylko Drezyna, potem dołączył Gruby. Grał z nami też Robert Stachoń, który grał w zespole Garden of Hope, poznałem go na festiwalu na Słupnej (w Mysłowicach – przyp. autora), tam go poznałem, ja się uczyłem grać, on już grał. Potem był jeszcze Gruby z Sosnowca, wcześniej Piotrek Kozera, potem Pierre.

Jeszcze a propos archeologii, historii: Marcin, w graleś Zimbabwe Twels na harmonijce ustnej z pogłosem.

MB: To była mysłowicka scena narkotykowa (śmiech). Graliśmy psychodelię, najpierw od 1995 roku w zespole Le Fleur Du Mal, który potem wraz ze zmianą perkusisty zmienił nazwę na Zimbabwe Twels. Graliśmy koncerty, nagrywaliśmy płytę w Strasznym Dworze (klub studencki w Katowicach – przyp.autora) w Cyber Studio. Potem jeszcze śpiewałem w Korbowodzie.

Znanym jako Corporation of Wood.

MB: Potem ten zespół nagrywał już i wydawał płyty oficjalnie. Wcześniej, jeszcze jak mieszkałem w Nowym Sączu miałem razem z moim przyjacielem Młynkiem zespół punkowo-reggae’owy, który nazywał się Tania Odzież. Potem był zespół Cat Food – grali progresywny rock w stylu Marillion, ale w składzie z Młynkiem na harmonijce i ze mną za mikrofonem, grali standardy bluesowe w knajpach: Claptona, Dżem, Hendrixa, takie rzeczy.

Wasz człowiek od wizualizacji też grał w Zimbabwe Twels?

MB: Żyła grał na bębnach i przeszkadzajkach w Zimbabwe Twels. Potem robił nam wizualizacje przez około trzy lata w Muariolanzie, ale ten okres jest zamknięty.

Przejdźmy do współczesności. Istnieje projekt Hipnoza Just Duet (projekt Dominika Mietły i Mariusza Orzełowskiego – przyp.autora). Czemu ten zespół powstał, skąd potrzeba by grać razem w duecie, jeśli gracie razem w Muariolanzie?

MO: Lubimy stary jazz, uwielbiam be-bop, dixieland, oldschool jazz, nie free, ale coś a la Wes Montgomery, Kenny Burell, George Benson, aktualnie Pat Metheny, być może bardziej nowocześnie, ale też super. Jest to potrzeba spełniania się w innej działce, która nie używa efektow, czysty dźwięk.

Jeszcze a propos nawiązania do przeszłości, zawsze mnie ciekawiło, czemu Marcin nie gra na harmonicje ustnej w Muariolanzie. Było Zimbabwe Twels, udział na płycie Pogodno, a w Muariolanzie nie ma tego elementu.

MB: To było takie granie… Musiałbym być bardzo dobrym harmonijkarzem, żeby grać na harmonijce w Muariolanzie, tak bym to ujął (śmiech). Tutaj instrumentalnie muzyka jest jednak bardziej wymagająca.
MO: Myślę, że w ogóle ten instrument nie pasuje brzmieniowo do tej muzyki, którą robimy, jest to instrument charakterystyczny, kojarzy się z inną muzyką. Naoglądałem się bardzo dobrych harmonijkarzy na Rawie Blues. Ale my chcemy grać inaczej.

Zajmijmy się ambientem. Bliżej Wam do muzyki elektronicznej z lat 80. i 90., wczesnego Aphex Twina i Autechre, The Orb, Biosphere, Future Sound of London czyli arytmicznych, przestrzennych kompozycji tworzonych za pomocą elektroniki, czy sięgacie głębiej, do Erika Satie, Johna Cage’a i Briana Eno?

MO: Nawet jeszcze głębiej, już nawet Debussy robił inną muzykę. Pod koniec XIX wieku George Ives budował instrumenty ćwierćtonowe, kazał śpiewać dzieciom melodie zawierające ćwierćtony, bądź to nakazywał grę na pianie w dwóch tonacjach równocześnie. Wprowadzał nowoczesną szkołę. Kiedyś zaprosił dwie orkiestry, które przemierzały drogę z przeciwnych stron miasta, grały utwory w innych tempach i innych tonacjach, celowo dysonujących. Kiedy się zaczęli mijać, muzycy wymiękali, niektórzy zostali i utrzymali się w tym co mieli grać, brzmiało to bardzo oryginalnie i nowocześnie. Syn Georga – Charles Ives, który rozwijał się muzycznie pod nadzorem ojca,  mówił: ,, łatwa muzyka dla lalusiów (…) wytrwajmy w boju –Sztuko”
Jest jeszcze pani Pauline Oliveros – nagrała niesamowitą płytę dużo wcześniej, niż wszyscy ambientowcy.
Brian Eno jest osobą, która miała na mnie chyba największy wpływ, poza tym Michael Brook, Jon Hasell, są to postacie, których płyt słucham do dzisiaj, nie nudzą mi się, uwielbiam to, wprowadzają mnie w inny świat. Staramy się tworzyć po swojemu, ale ideologicznie jesteśmy blisko pierwszego ambientu, włącznie z awangardą amerykańską. Wszystkie rzeczy, które się tam wydarzyły mają wpływ na muzykę Muariolanzy.

Waszym motto jest też “There is no silence, everything is music”, słynne słowa Johna Cage’a.

MO: Nie mogę powiedzieć, że się do niego upodabniamy, ale ideologicznie walczymy o swoje, tak samo. John Cage robił odjechane i nowoczesne utwory, lecz jego eksperymentalna muzyka była ciągle na drugim planie a mimo to się nie poddawał. Łączy nas ta sama nieistniejąca cisza, którą nazywam ambientem i którą na własny sposób staram się wplatać do utworów.

Trochę zmieniając temat, jaki jest udział sampli w Waszych nagraniach? Jak to wygląda na Muafrice? Czy faktycznie są tam sample z Afryki?

MB: Dużo się mówi o samplach wokalnych, o popularnych głosach wykorzystanych w sposób promocyjny, ale naprawdę w naszej muzyce jest sporo sampli instrumentalnych i za większość z nich odpowiada Mariusz.

W jaki sposób wykorzystujecie dźwięki otoczenia? Mile widziane przykłady sampli zmienionych nie do poznania.

MO: W Przerwanym locie głównym samplem są skrzypiące drzwi, co słychać. Na bazie skrzypienia powstał instrument, operujemy jego barwą.

To była typowo studyjna operacja? Studyjno-produkcyjna?

MO: Można to robić w czasie rzeczywistym, pracuję nad tym, niedługo będę to mógł wykorzystać live. Staramy się nagrywać sporo dźwięków, które – w moim przekonaniu – brzmią. Gdy coś brzmi, staram się zbudować na bazie tego instrument. Z tych dźwięków są tworzone utwory. Mamy dźwięki otoczenia, które wbijamy w harmonię, ale nie są to rzeczy przypadkowe, dźwięki, które nie są w tonacji. W mojej głowie jest raczej nacisk na to, by te dźwięki były w tonacji, u Briana Eno, czy u Brooka myślę, że to też słychać. Każdy dźwięk ma znaczenie. Te mało znaczące dźwięki, jeśli zostaną wypielęgnowane, są nierozpoznawalne przez ludzi, np przetworzone dźwięki karetki, kamery pogłosowej, czy kieliszków. Sample, a właściwie nie sample, a nagrania strojonych kieliszków, każdy do innego dźwięku, żeby powstała aura dźwięku, który płynie, ale w utworze go nie zauważasz, jednak gdybyś go wyłączył, to by go zabrakło. O to chodzi – to ma być dosmakowanie. Dźwięki ambientowe dopasowane do piosenki, do danej sytuacji tworzą niepowtarzalną aurę, nie zauważamy ich, ale po trzydziestym przesłuchaniu zauważasz, że coś tam jest.

Czyli są sample kieliszków w Afromacie, tak?

MO: Tak. W wielu piosenkach, w Małym Buddzie, w Przerwanym locie jest bardzo dużo, tam jest mnóstwo różnych ambientów, w Dźwiękach Boru jest śnieg, beat jest dźwiękiem ściskanego, deptanego śniegu.
MB: Na nowej płycie są głosy Afrykanów, których nagrywał Mariusz. Intro w Regulatorze to mój sampel – dzięki szkole Mariusza, żeby nagrywać wszystko, co jest fajne, bo na pewno potem coś z tego będzie – to uliczka w Maroku, którą nagrałem. Na kompilacji Sealesia, którą niedawno wydałem, w utworze Regulator intro jest dłuższe. To miasteczko w Maroku leżało zaraz nad morzem. Wyobraziłem sobie to tak, że wychodzisz z wody, są fale, idziesz do miasta, szum fal jest coraz słabszy, miasteczko coraz głośniejsze. To intro zrobił Pierre. Myślę, że to się udało.

Czy Przerwany lot powstał przed 10 kwietnia 2010?

MO: Utwór powstał 25 marca 2010 roku. Marcin później dołożył swój tekst.
MB: Tekst powstał jedenastego kwietnia, dzień po tragedii smoleńskiej. Mój brat leciał jedenastego  do Bułgarii. Rozmawiałem z nim przez telefon i powiedziałem: “Uważaj na siebie bracie, uważaj w samolocie”. To był czas, kiedy pracowaliśmy nad płytą, ja szukałem słów, było dziesięć, jedenaście piosenek i coś z tym trzeba było zrobić. Tym razem muzyka była gotowa, a tekstów jeszcze nie było, albo były, tylko że nie wiedziałem, że już są. Były porozrzucane, musiałem je zebrać w jedno.  Niektóre rzeczy powstały z konieczności, np. Martwy pies, który nazywał się wcześniej Znikający punkt, okazało się, że w ZAiKSie jest już taka piosenka. Jest taka płyta Michaela Brooka sprzed paru lat, jest tam taki numer o psie, jechaliśmy wtedy samochodem z Sopotu do Warszawy na koncert. Była to dość długa droga, więc zacząłem wymyślać tekst w głowie, miałem pierwszą zwrotkę, uważałem, że to koniec, że jako wiersz to już jest zamknięte, ale Mariusz przekonywał mnie, że do skończenia piosenki potrzebujemy drugą zwrotkę. Na drugi dzień wpadło mi coś, żeby nawiązać do tego znikającego punktu i dzięki temu z konieczności piosenka jest lepsza, tekst jest lepszy, więcej jest wymiarów, więcej się dzieje.
MO: Są tam sample wycia psa.
MB: A ten rytm to są wycieraczki.
MO: Wycieraczki te w as-dur grały, więc obniżyłem tercję do potrzeb utworu (as-moll).

(śmiech) Śmieję się nie z metody, ale dlatego, że jest to bardzo skomplikowane formalnie dla kogoś, kto nie jest muzykologiem, w ogóle tego nie słychać.

MO: Właśnie o to chodzi, żeby ten ambient był nienarzucajacy się, nie może być na pierwszym planie. Dopiero, jak się wsłuchasz to możesz się poczuć jak odkrywacz dźwięku, wgłębiłeś się w nagrania i coś znalazłeś.
MB: Ta wielowymiarowość w muzyce jest bardziej widoczna, np. ten Znikający punkt, jest ładny refren, ktoś napisał, że trąbka jak u Chrisa Botti, można się wsłuchać, że jest ładna melodia, fajny tekst. Komuś się to podoba, ale są ludzie, którzy słyszą więcej i znają się na tym teoretycznie i  wiedzą, że tam jest ten as-moll itd. To jest ciekawe wyzwanie, a Mariusz jest w tym bardzo dobry. To będzie bardziej słychać na nowej płycie: żeby zrobić rzeczy trudne, których się słucha łatwo, które się podobają w pewien sposób każdemu. Piosenka leci w radiu, podoba się, jest friendly, a z drugiej strony, gdy posłuchasz jej bardziej, najlepiej na lepszym sprzęcie, bo nie wszystkie rzeczy słychać w radiu, tam jest dużo kompresji – okazuje się, że jest coś więcej, jest to jeszcze fajniejsze, niż ci się wydawało za pierwszym razem. Tak jak z dobrą sztuką.

Przejdźmy do improwizacji. Na ile Wasze koncerty są zaplanowane, na ile spontaniczne? – chodzi mi tu o improwizacje instrumentalistów, jak i konferansjerkę.

MO: Jeśli są krótkie koncerty, to nie ma co grać tak właściwie, co jest problemem, bo jeśli mamy grać pół godziny to jest walka o to, co zagrać i to sięga bezsensu, trzeba się spieszyć… Trzeba patrzeć na zegarek. Najbardziej lubię koncerty, kiedy mamy czas otwarty, możemy zagrać całą opowieść od początku do końca, układamy całą strategię w inny sposób i to są koncerty, w których jest najwięcej improwizacji. A podczas krótkich, zwięzłych koncertów nie za bardzo możesz się wczuć w muzykę, minutki lecą. Raz koledzy akustycy szarpnęli Sly’a wzmacniaczem i wyrwali kable z pieca podczas koncertu , gdyż jak się okazało graliśmy o 3 minuty za długo (śmiech).
MB: Zależy, co gramy i gdzie gramy. Mamy różne piosenki, cały czas nie rezygnujemy ze starych numerów, które są otwarte, ale wszystkie piosenki z ostatnich płyt są grane w formach, które już są. W związku z tym, że są w nich loopy, gramy je po bożemu, czyli tak jak na płycie, ale to co możemy robić, to kombinować w obrębie tej formy. Jeśli chodzi o zapowiedzi, są zawsze improwizowane.
MO: Bez sensu stukać cały czas jedną melodię. Czasami celowo je zmieniamy, by urozmaicić, żeby był dodatkowy bodziec.
MB: Zagrać inaczej piosenkę nie znaczy, by grać dłużej, czy krócej, ale w obrębie tych samych trzech, pięciu, czy sześciu minut można zagrać coś innego.

Druga płyta została “wyimprowizowana w studiu”. Na ile ważna jest dla Was trwała kompozycja, monolit? Czy w ogóle gracie zamknięte utwory?

MO: Dla mnie znaczenie ma jednak opowieść. Ze stałą formą stykam się na co dzień, bo wymaga tego ode mnie gra na gitarze. Często gram piosenki napisane od początku do końca, ale wolę takie, które mogę zakończyć wtedy, kiedy czuję. Forma otwarta to jazz, to co możesz zrobić, to lecieć na skrzydłach muzyki i przelewać myśli na instrument a gdy uznasz, że się wypowiedziałeś, kończysz. I to jest najlepsze.

Jak wyglądają Wasze improwizacje? Każdy z intrumentalistów gra solo, a reszta akompaniuje, czy zdarza się, że “komponujecie na żywo” całe utwory podczas koncertów?

MO: Często się zdarzało, chłopaki się nie boją, każdy jest otwarty, ostatnio nie graliśmy z rok takiego “lota”, ale były takie koncerty około rok temu, kończyliśmy utwór, lecieliśmy dalej. Z takich sytuacji wychodzą bardzo fajne utwory, sporo koncertów jest zarejestrowanych, nagrywam wszystko.
MB: Teraz w sobotę 24 września w Hipnozie zagramy improwizowany koncert, bodajże o o godz. dwudziestej trzeciej. Dyrektor Centrum Scenografii Polskiej w Katowicach, Adam Kowalski, zaprosił nas, byśmy grali do zmieniających się przezroczy z komiksu Jerzego Skarżyńskiego  Janosik (za wizualizacje na żywo odpowiadać będzie Marta Strzoda). Zagramy muzę improwizowaną, będziemy robić numery na żywo. Nawet, jeśli wyjdziemy od jakiegoś konkretnego utworu, patrząc na obrazy i słuchając siebie, stworzymy nową muzykę, niepiosenkową. Nie będziemy grali piosenek.
MO: Pobawimy się.

Teksty powstają do muzyki, czy muzyka do tekstów? Czy konsultujecie ze sobą te dwa aspekty Waszej twórczości? Jak ważny jest dla Was tekst?

MO: Dajemy sobie otwartą rękę, i to i to jest ważne: tekst i muzyka, ale ja zajmuję się muzyką, to jest moje zadanie. Mam głowę do tego, by przebywać w świecie dźwięku. Marcin ma głowę do tekstów i to nas zespoliło.
MB: Tak się uzupełniamy.
MO: Trzeba umieć pisać teksty, muzykę też trzeba poznać od podstaw. Jednym z moich ulubionych przedmiotów na studiach była harmonia. Gdy się ją rozumie, wszystko zaczyna się układać i jest logiczne.

Marcin, czy aspirujesz do miana poety, czy za tekstami kryje się jakaś strategia, opisywanie świata, czy jest to totalnie spontaniczne?

MB: Zależy, z prawie każdym jest inaczej. Wiele z nich to wiersze, które były napisane na kartce. Inne to manifesty, jeszcze inne wyznania. Myślę, że wszystkie bronią się na tyle jako słowa, by móc je pokazać jako teksty same w sobie, a przynajmniej mam taką nadzieję. Dla mnie są to ważne słowa. Zwykle mówią o mnie, o tym, jaki jestem.

Napisałeś tekst Chodzę po ogniu. Odczytuję go jako sposób na poradzenie sobie z podwójną rolą dziennikarza muzycznego i członka zespołu. Jak godzisz te dwie role?

MB: Coraz mniej kręci mnie bycie dziennikarzem muzycznym. Ten zawód się zdewaluował. Dawniej w pracy dziennikarza muzycznego ważna była treść i forma, czyli dotarcie do informacji i przekazanie jej ludziom. Chcialem pisać o muzyce, bo wychowałem się na tekstach o muzyce, na Non Stopach, Magazynach Muzycznych, do dziś mam w głowie niektóre zdania. To mnie zawsze kręciło.
W XXI wieku ten zawód, ta profesja bardzo się zdewaluowała. Informacje są, jest ich coraz więcej, bardzo łatwo zweryfikować informacje, które posiada dziennikarz, w czym się pomylił, a jeśli chodzi o samą formę, kunsztowność zdań, myśli, to też jest z tym coraz gorzej, bo albo się nie chce, albo jest na to mało czasu, bo gazeta jest codzienna i trzeba np. zrobić relację z koncertu, który się jeszcze nie skończył.
Robię to od lat i myślę, że robię to dobrze, bo gdyby tak nie było, już bym tego nie robił, ktoś by mnie zweryfikował. To, co osiągnąłem, osiągnąłem sam. Przyjechałem tutaj po maturze, nie znałem nikogo, nikt mnie nie znał, dostałem pracę “z ulicy” itd. Sam sobie na wszystko zapracowałem.
Odczytanie tekstu Chodzę po ogniu przez pryzmat mojego zawodu to jest jeden z poziomów. “Chodzę po ogniu, nie chcę się wyłamać, jestem w tym kręgu. Mówię o dźwięku, nie mogę się załamać, mam wszystkich w ręku”. To jest też wspomnienie z czasów hipisowskich, kiedy miałem kilkanaście lat, byłem hipisem, jeździłem po kraju, miałem przyjaciół, którzy jeździli ze mną, ale w pewnym momencie osiedli w górach na Średniaku nad Szczawnicą. Jeździłem do nich, chodziliśmy po ogniu, choć gdy pierwszy raz to robiliśmy, bałem się. Musiałem coś w sobie przełamać, pierwszej nocy wszyscy chodzili po ogniu, ja nie, bo się bałem, przełamałem się po jakimś czasie. Widzę to metaforycznie jako przełamanie własnych barier i blokad. I to jest kolejny poziom tego tekstu. Jest ich więcej. A to tylko te moje. Mam nadzieję, że ktoś kto posłucha tej piosenki, poczuje ją po swojemu.
Lubię pisać teksty w ten sposób, że mam wiele do powiedzenia, a zamykam to w sześciu zdaniach. I jeżeli się uda tak jak teraz, że kojarzy Ci się, że to jest o tym, że jestem dziennikarzem, a to jest też o tym, to znaczy że to się udaje, ta kondensacja treści.

Czyżbyś wolał być muzykiem Muariolanzy, niż dziennikarzem?

MB: Nie jestem muzykiem. Dzięki uporowi, mojemu ale też w dużej mierze Mariusza, śpiewam w tym zespole. Pierwszy zespół, w którym graliśmy razem, rozpadł się po pierwszej próbie, został tylko perkusista, bo inni muzycy mieli inni pogląd na wokal, na śpiewanie, a Mariusz wierzył, że coś z tego będzie, lata minęły i coś z tego jest. Dzięki temu, że dużo pracowaliśmy, przede wszystkim przygotowując  się do Muafriki, gdzie jeździłem do Mariusza raz w tygodniu przez parę miesięcy, zrobiliśmy wiekszość tych piosenek we dwójkę w domu, dzięki temu jest lepiej zaśpiewana, niż płyty poprzednie. Jest to rozwój, z którego jestem zadowolony. I oczywiście wolę grać niż pisać o tym, że inni grają. Mam w sobie takie możliwości i wykorzystuję je.
Odpowiadając na pytanie: wolałbym żyć z robienia sztuki niż z pisania o niej.

Wróćmy jeszcze do kwestii akademickich. Kilka lat temu katowicka Akademia Muzyczna była uważana za zachowawczą, ale pojawiły się też takie zespoły i muzycy jak 100nka i Maciej Obara, którzy z zachowawczością nie mają zbyt wiele wspólnego. Potwierdzacie, czy zaprzeczacie?

MO: Studiowałem z Maciejem Obarą. Super chłopak, ma jaja, fajnie gra, czuje tę muzykę, jak się patrzy jak on gra, od razu widać, że on to czuje. Gra ze świetnymi muzykami. Chodzi o to, że każdy ma jakieś swoje dążenia do stylistyki muzycznej. Wydaje mi się, że nauka czasem jest przytłaczająca, gdy wiesz za dużo, to cię blokuje. Trzeba umieć to wyważyć, to jest klucz, żeby potrafić grać tak i na życzenie zagrać jak punkowiec, brudno, z syfem zalecieć, coś tam nie stroi. Niektorzy ludzie tego oczekują. Jest mnóstwo ludzi, którzy słuchają oi’a, starego punka, oni lubią, żeby syf był z gitary. Jak nie ma takiego syfu, to się nie podoba.
MB: Można się tak nauczyć grać na gitarze, że się nie potrafi zagrać syfu.
MO: Trzeba umieć ściągnąć z siebie blokadę. Kiedyś na samym początku, gdy zacząłem się uczyć jazzu, gdy zorientowałem się, o co w tym wszystkim chodzi, bardzo dużo ćwiczyłem, non-stop sam, żeby to ogarnąć.

Czy czujecie się częścią sceny muzycznej okręgu katowickiego? Jacy są Wasi ulubieni artyści z okręgu przemysłowego? Kogo cenicie najbardziej?

MB: Przez sam fakt, że Mariusz gra w kilku zespołach, wszyscy są stąd…
MO: Mieszkamy tutaj.
MB: Stąd jesteśmy. Muzycy z naszych składów, ludzie, z którymi graliśmy razem, grają teraz np. w Natural Mystic.
MO: Przede wszystkim moim marzeniem było stworzenie zespołu z Boru, zespół jak rodzina. Był taki okres – chodzi o tego Wieka, który mógł spać na Borze, bo jego dziadkowie tam mieszkali, mieliśmy zespół z Boru.
MO: Mówiliśmy, że gramy kiełbas-jazz, bo to było takie pomieszane. Teraz jesteśmy sceną ze Śląska. Wychowała mnie tutejsza uczelnia, również ta cieszyńska, tutaj doskonaliłem swój warsztat, wiem, co mam robić dalej, żeby było jeszcze lepiej. Jeśli chodzi o muzyków, jest ich mnóstwo.
MB: Życie jak muzyka.

Świętujecie pięciolecie zespołu. Jakie wydarzenia przygotowaliście z tej okazji? Jak przebiegały dotychczasowe imprezy?

MO: Pięciolecie już było.
MB: Obchodziliśmy urodziny w Cieszynie.
MO: Zaprosiliśmy tam ludzi, którzy z nami współpracowali w przeszłości, nie wszyscy dotarli, ponieważ nie wszyscy mogli. Koncert był wyjątkowy. Występowaliśmy w składzie… ilu nas tam było?
MB: Dwanaście osób?
MO: Dużo, wielu muzyków: Dominik Bieńczycki…
MB: Leszek Hurtig, Krzysiek Gradziuk…
MO: Mirek Rzepa .
MB: Maja Orzełowska, Monika Wachowicz tańczyła.
MO: Wojtek Zięba, który nagrywał na barytonie na pierwszej płycie, niestety nie dojechał. Ale skład był porządny.
MB: Dobre miejsce, dobry czas, dużo fajnych ludzi.
MO: Niesamowita akustyka i atmosfera.
MB: Odbyło się to w Teatrze Mickiewicza. Był to koncert w ramach festiwalu Kręgi Sztuki, ale byli też ludzie, którzy przyjechali specjalnie na nasz koncert. Marta Strzoda przygotowała wystawę złożoną ze swoich projektów okładek naszych płyt, ale też rzeczy wcześniejszych, bo pierwsze dwie płyty projektował nam Paweł Garwol. Można było zobaczyć grafiki z naszych płyt w formach bardziej przestrzennych.
MO: Koncert był nagrywany przez znajomych i przeze mnie – na dyktafon, Marcin Szwajcer nagrywał przy stole mikserskim.
MB:  Poza tym obraz był nagrywany na kilka kamer. Mamy plan, żeby to poskładać i wyedytować.
MO: Może wydamy z tego DVD.
MB: Zobaczymy jak to będzie wyglądało jako całość. Graliśmy koncert ponad dwie godziny.

Przekrojowo?

MB: Dużo pierwszej płyty, wróciliśmy do pierwszej płyty, do rzeczy, których nie graliśmy od lat.
Jeszcze przed wydaniem płyty Muarioland Mariusz grał instrumentalne koncerty jako Muariolanza. Tak właściwie to była piąta rocznica wydania pierwszej płyty.
MO: Muariolanza to tak właściwie Hotel na Sri Lance, tylko ta nazwa się wyeksploatowała. Poza tym był Mario Lanza, do którego rzekomo jestem podobny, to też miało jakieś znaczenie. Nazwa się spodobała, mnie osobiście kojarzy się z proszkiem do prania – przynajmniej końcówka. Ważne jest “Mua”, “Mua” to jest Młajli i “Mua” to jest Muariolanza – to jest ten przedrostek, który jest najważniejszy.

Kiedy nowa płyta zespołu i jakie inspiracje wprowadzicie do swojej twórczości tym razem?

MB: Tytuł jest, będziemy się tego trzymać.
MO: Płyta jak się uda, to powstanie. Ma być pięć piosenek, będzie to Muzyka na5. Muzyka napięć w sensie napięcia i muzyka na pięć w sensie metrum, aczkolwiek może nie tylko, może jakaś polimetria też się pojawi, jest to wielce prawdopodobne. Sam pomysł jest trudny. Czas pokaże, czy uda się nam zrealizować zamierzenie. Najlepiej, żeby płyta miała pięćdziesiąt pięć minut i pięćdziesiąt pięć sekund.
MB: Gdyby udało się nam wydać ją w 2012, też będzie dobrze, bo w 2012 też jest piątka, choć to może być ciężkie, jeśli chodzi o przygotowanie materiału.
MO: Materiał już jest, trzeba go przeselekcjonowac, coś z tym zrobić.
MB: Brzmi to trudno koncepcyjnie, ale chcemy, by to były też piosenki, bo od tego nie uciekamy. Mówiło się trochę po Wszystko będzie inaczej, że Muariolanza gra teraz piosenki, a wcześniej nie grała, a my od piosenek zaczynaliśmy w Młajli i dalej je gramy. Falami, ale konsekwentnie.

Dzięki za rozmowę

Łukasz Folda sierpień 2011 (artykuł, fotografia – maj 2011)

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›