“W służbie narodowi” – wywiad z Anią Rusowicz

1 czerwca 2014 19:10
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Na swojej nowej płycie Ania odchodzi od piosenek mamy i prezentuje bardziej drapieżne oblicze. O szczegółach krążka “Genesis”, współpracy z Emade i przyjaźni rozmawialiśmy po koncercie w Bielsku-Białej.

GIM: Świetnie wypadacie na żywo, masz znakomity zespół. Jak udało ci się dobrać tak zgrany skład?

Ania Rusowicz: 10 lat wszystkich szukałam. Jest taka teoria, że odpowiedni ludzie przyciągają się i odnajdują. Czasem zrzucamy pewne wydarzenia z naszego życia na przypadek, ale nic w przyrodzie nie jest przypadkowe, wszystko ma swój cel. Widać to doskonale w powiedzeniu: “Pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem ci jakim jesteś człowiekiem”. Ja tych ludzi po prostu szukałam. I znalazłam, choć droga była długa. Generalnie w zespole chodzi nie tylko o muzykę, na scenie musi być miłość, przyjaźń. Znam wiele zespołów, w których relacje są oparte na układach biznesowych. Nie jest łatwo utrzymać dobre kontakty z ludźmi, gdy w grę wchodzą pieniądze. Praca w zespole wymaga tolerancji i miłości. Jest to możliwe tylko w grupie dojrzałych ludzi, którzy ponad kłótniami i nieporozumieniami widzą dobro nadrzędne, czują, że łączy ich coś wyjątkowego.

Druga płyta musiała być dla ciebie trudna. Część słuchaczy liczyła pewnie na kolejny album z piosenkami twojej mamy. Ty zaproponowałaś jedna coś zupełnie innego.

Startowanie z pozycji dziecka znanych rodziców jest trudne. Myślę, że łatwiej byłoby mi gdybym nie miała żadnego kontekstu rodzinnego. Ludzie nie mogliby mi wtedy zarzucać, że robię karierę na piosenkach matki. Przy pierwszej płycie jeszcze mogli tak mówić, ale przy drugiej już nie. Znalazły się na niej zupełnie nowe piosenki, z moimi tekstami i melodiami. Oczywiście nadal znajdą się osoby, które będą mówić, że popularność zawdzięczam matce. Cóż, ludzie mają tendencję do generalizowania wszystkiego, wkładania w szufladki. Ja sama temu czasem ulegam.

Przez dwa lata grałam materiał, gdzie połowa piosenek była moja, połowa mojej mamy. Teraz chcę od tego odejść, skupić się na nowych utworach. Nawet nie miałam zamiaru grać na dzisiejszy koncercie “Za daleko mieszkasz miły”, odchodzę od tych numerów. Publiczność była jednak tak niesamowita, że zrobiliśmy wyjątek. W sumie jestem w służbie narodowi (śmiech).

Czerpiesz z tradycji rocka i bluesa. Na zachodzie, w Stanach sporo grup idzie tym śladem, jak chociażby Jack White czy The Black Keys. U nas nie jest jeszcze to tak popularne.

Byłam w Wielkiej Brytanii, w Belgii. Tam rock psychodeliczny, osadzony w tradycji, jest bardzo modny. Taki trend jest w Europie. Ja wiedziała że nagram płytę w takim klimacie, bo sama bardzo dużo słucham takiej muzyki. Generalnie od muzyki oczekuję czegoś więcej, wrażeń ekstremalnych. Słucham artystów, przy których ładuję energię. Sama chciałam zaproponować coś takiego publiczności i zobaczyć czy w to wejdą. Nie jest to łatwe, w nowych utworach sporo jest elementów transowych, psychodelii. Ale ludzie to łapią. Okazuje się, że nie trzeba grać w kółko tego samego. Dla każdej muzyki powinno być miejsce. Skoro jest dla disco-polo, to dlaczego ma nie być miejsca dla nas?

Płyta jest świetnie wyprodukowana. Jak wpadłaś na Piotra Waglewskiego (Emade)?

Od zawsze ceniłam twórczość braci Waglewskich. Już na swoich pierwszych płytach pokazali, że na wiele ich stać. Żeby wyjść z bigbitowej szufladki potrzebowałam osoby, która pomoże mi skierować muzykę na inne tory niż bigbit. Nowa płyta musiała brzmieć inaczej niż poprzednia. Musiałam zaangażować w nią kogoś kto nada jej niepowtarzalne brzmienie.

Miałam gotowe piosenki, muzyków, którzy świetnie je grają, ale potrzebowaliśmy kogoś z zewnątrz, kto powie: “Siedzicie w tym tak bardzo, że nie jesteście obiektywni. Musimy zrobić to i to, wtedy pokażecie coś nowego”. Piotrek był taką osobą, na maksa wkręcił się w tę płytę. Nie tylko dawał coś z siebie, ale samemu uczył się nowych rzeczy. Poza tym totalnie siedzi w naszych klimatach. “Genesis” to fajne zderzenie ludzi, którzy kochają taką muzę.

Twoja wytwórnia nie kręciła nosem, że chcesz pożegnać się bigbitem?

Trochę tak, każdy duży majors liczy na zyski. Od razu zaznaczyłam w wytwórni, że drugą płytę traktuję jako wyzwanie. Pewnie są tacy artyści, którzy myślą o muzyce przez pryzmat zarabiania pieniędzy, przeliczają każdy krok marketingowo. Osobiście myślę jednak, że w życiu nie o to chodzi. Małymi łyżkami też można się najeść. Wiedziałam, że przy drugim albumie nie mogę nawalić. Niech się pali, niech się wali, ale nagram taką płytę jaką chcę. Wytwórnia musiała mi zaufać. Przy pierwszej płycie nie było pewności czy taka muzyka zażre. Przy drugiej ta pewność była zerowa. Wtedy się udało i teraz też w to wierzymy

Mimo wszystko nie zrezygnowaliście z przebojów. Kilka numerów (“Ptaki”, “To co było”, “Nie uciekaj”) to murowane hity.

Ja pisze muzykę obrazowo. Gdy komponuję piosenki, to je widzę. Często mi się śnią. Ostatnio przyśniła mi się piosenka, cały test, ale niestety go nie zapisałam. To niesamowita sytuacja. Myślę, że dlatego ludzie tak pozytywnie odbierają naszą muzykę, bo jest obrazowa. Gdy piszę tekst, to dokładnie opisuję obraz w głowie. Można to porównać do malarstwa – malarz zanim przeniesie obraz na płótno, musi go sobie wyobrazić.

Często można cię spotkać w utworach innych artystów. Pojawiłaś się gościnnie u L.U.C.-a, Kielicha, w Projekcie Warszawiak. Łatwo namówić cię do współpracy?

Przyjaźnię się z wieloma muzykami i gdy ktoś mnie poprosi bym zaśpiewała gościnnie, to dlaczego nie miałabym się zgodzić? Oczywiście muszę czuć dany numer. Nie widzę sensu by powstrzymywać się przed muzyką.

Jak ogólnie czujesz się jako nowe zjawisko na polskim rynku muzycznym?

Nasz rynek muzyczny jest bardzo podzielony. Tęsknię za rynkiem, który byłby obfity. U nas obecnie są przeciwieństwa. Z jednej strony jest muzyka która dokonuje gwałtu na moim umyśle. Czasami wręcz  nie mogę się przed nią bronić. Z drugiej strony mamy do czynienia ze sceną, trochę narcystyczną, w której artyści pojawiają się w ramach popularnego w danym momencie trendu. Rozumiem, że ludzie tego potrzebują. Ale czasami nie rozumiem wyjątkowości danego zjawiska. Pojawia się kolejny zespół, który niczym się nie wyróżnia, a mimo to ludzie szaleją na jego punkcie. Nie ma w tym obiektywizmu. Tak samo jak w muzyce komercyjnej. Na zachodzie w mainstreamie mamy zespoły środka, jak Coldplay czy Kings of Leon. U nas jest albo kicz, albo ostra alternatywa.

W czasach, gdy śpiewała twoja mama było inaczej?

Oczywiście. Myślę, że obecnie bardzo dużo piosenek jest przeintelektualizowanych. Być może to przejaw czasów. W wielu piosenkach tekst jest tak przeintelektualizowany, że dla mnie przestaje to być piosenka. Ja jestem prosto skonstruowana, lubię np. teksty Osieckiej albo polskie piosenki z lat 50. Warstwa tekstowa jest bardzo przemyślana, te teksty śmieszą, wzruszają, są majstersztykiem. Być może brakuje tekściarzy, grupy ludzi zawodowo zajmujących się pisaniem tekstów.

Innym problemem polskiego rynku muzycznego są słabe okładki płyt. “Genesis” wyłamuje się z tego schematu, jest bardzo spójna z muzyką, rozbudza wyobraźnię.

To jest wielki obraz młodej malarki Julii Curyło “Cząstki elementarne”. Obiecałam sobie, że kiedyś go kupię, ale kosztuje bardzo dużo. Co do samej okładki – skoro muzykę piszę obrazami, to uważam, że każdy element musi być spójny z muzyką, nawet okładka. Wytwórnie kładą nacisk by okładki były charakterystyczne, spójne z danym artystą. Dla mnie ważne jest także to, co przedstawia. Obraz nawiązuje do wielkiego zderzacza hadronów. Co ciekawe w dniu premiery zdarzyła się rzecz niesamowita. François Englert i Peter W. Higgs, zajmujący się zderzaczem hadronów, otrzymali Nagrodę Nobla. Możesz tłumaczyć to jak chcesz, ale mi opadła szczęka, to nie był przypadek. Pomyślałam sobie wtedy, że są na tym świecie rzeczy totalnie niezbadane, niewidzialne. Nie widzisz miłości, nie widzisz przyjaźni, a wiesz, że jest. Ludzie są takimi racjonalistami, każdy musi mieć rację. A co jak się okaże że nikt nie ma racji?

Tak zostaliśmy skonstruowani. Jesteś psychologiem więc znasz ten temat na wylot.

Jestem, ale nie uprawiam zawodu. Uprawiam psychologię życia. Studia jak studia, najważniejsze pozostają zainteresowania, to co masz do powiedzenia na dany temat. Dziś ludzie przekrzykują się w racjach, a nie wiedzą nic o sobie. Wydaje mi się, że żeby zająć jakiekolwiek stanowisko odnośnie świata, trzeba najpierw poznać znać siebie. Trzeba umieć docenić drugiego człowieka.

Nie ciągnęło cię nigdy do aktorstwa? W klipach widać, że dobrze czujesz kamerę.

Nie ciągnie mnie do seriali (śmiech). Kręcą mnie ciekawe projekty. Strasznie lubię stare filmy, przenoszę tę rzeczywistość do moich teledysków. Jestem autorką scenariuszy do klipów. Gdybym miała propozycję zagrania w fajnym filmie, musicalu, pewnie bym z niej skorzystała. Ale nie chcę tego robić za wszelką cenę. Spełniam się na scenie. Wprowadzam na niej teatralny klimat. Nie chcę zabierać pracy aktorom.

Wystąpiłaś także na koncercie projektu Panny Wyklęte z autorskim utworem “Pieśń Wiktoriny”. Dlaczego ten numer nie trafił na płytę?

Ukaże się na drugiej płycie z cyklu “Panny Wyklęte”. Dostałam tę propozycję i nie zastanawiałam się nad nią długo. Miałam do opowiedzenia swoją historię, związaną z moim dziadkiem i babcią.

Czyli wygląda na to, że po pracowitym 2013 roku czeka się równie intensywne 12 miesięcy w 2014?

Ciągle jestem w trasie.  W międzyczasie przygotowuję kilka fajnych projektów. Szykuje się musical, totalnie odjechany, powiązany z Witkacym. Jeśli to wypadli, to będzie wielka rzecz. Trzecia płyta jest w fazie komponowania. Ludzie często mnie pytają w jakim kierunku pójdę. Były lata 60., potem psychodelia, to co teraz? Lata 90?

Dzisiaj mieliśmy małą próbkę (Ania zagrała przeróbkę “Come As You Are” Nirvany).

Jestem z tego rocznika, który wyrósł na Nirvanie. To moja muzyka. Trzecia płyta będzie trudna w odbiorze, nie będą to piosenki dla Radia Zet. Mam ochotę się wyciszyć. Dojrzewam do momentu, w którym zaczynam doceniać ciszę w muzyce. Wiem, że potrafi wiele powiedzieć. Lubię “przylutować” na scenie, lubię gdy dużo się dzieje. Mam jedna ochotę coś zmienić. Grając na próbach zaczynamy doceniać dynamikę, balansowanie między ciszą i hałasem. Jestem teraz bardziej spokojna. Cenię spokój w życiu. Oczywiście wszystkie stare brzmienia też się pojawią. Ja tego nie zostawię.

Rozmawiał Marcin Bieniek

Foto: materiały prasowe

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›