To nie jest chaos – Marcin Babko rozmawia z Piotrem Brzychcym (Kruk)

31 sierpnia 2012 13:31
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Nie wyobrażam sobie, żeby grać w innym zespole, podporządkować się komuś i udawać, że jest mi dobrze – mówi Piotr Brzychcy, lider zespołu Kruk. Wkrótce ukaże się jego nowa płyta

Marcin Babko: – Od kiedy grasz na gitarze?

Piotr Brzychcy: – Miałem 6 lat. Rodzice kupili mi na odpuście maleńką gitarkę. Szarpałem struny, wydawało mi się że to granie, w głowie słyszałem już muzykę. Tak naprawdę zacząłem grać w piątej klasie podstawówki – to była radziecka gitara akustyczna, była dwa razy większa ode mnie. Chodziłem na lekcje do ogniska muzycznego, tam zagrałem pierwszy koncert. W zespole było pięć akordeonów i trzy gitary.
Pierwszy występ solowy – miałem 9 lat, grałem „Szumi dokoła las”. Brawa dostałem już, gdy wchodząc na scenę przewróciłem gitarę kolegi. Miałem niecny plan, żeby jako drugi utwór zagrać „Voodoo Chile” Hendriksa, bo już umiałem. Ale zjadła mnie trema.

Grałeś Hendriksa w wieku 9 lat?

– Nie pamiętam innej muzyki w moim domu. Nie pamiętam innej muzyki w mojej głowie. Hendrix, Clapton, AC/DC: mój ojciec słuchał tylko dobrej, starej muzyki.

Nigdy nie słuchałeś tego, co innego dzieci w latach 80.? Michael Jackson, Sandra, Modern Talking?

– Nigdy.

– Co w takim razie znaczy dla Ciebie tak modny dziś termin „80’s”?

– „Perfect Strangers” czyli wielki powrót Deep Purple w połowie lat 80. Program „Noc Stop Kolor” w telewizji, gdzie po raz pierwszy widziałem, jak Hendrix rozpieprza gitarę. Czułem się osamotniony z moimi fascynacjami, bo rówieśnicy interesowali się całkiem innymi rzeczami.

Pewnie nie miałeś też powodu do młodzieńczego buntu?

– Nigdy nie utożsamiałem się z żadną subkulturą, nigdy nie musiałem nikogo udawać. Miałem długie włosy, jak moi idole, których słuchałem. Ale nie musiałem się buntować, nie musiałem szukać. Od razu wiedziałem, czego chcę. Potem, stopniowo, zacząłem też otwierać się na inne rodzaje muzyki. Ale stary rock i hard-rock dały mi bazę.
Grałem metal, potem blues-rock. Pierwsze koncerty w klubach. Potem były zespoły bardziej profesjonalne, jak De Press, z którym nagrałem jedną płytę czy chwilę wcześniej Iscariota. A później już tylko Kruk.


– Jaki był pomysł na Kruka?

– Stworzyć zespół na miarę naszych idoli. Klawiszowiec Krzysiek Walczyk był wielkim fanem Jona Lorda. Ja byłem fanatykiem Ritchie’go Blackmore’a. Niestety kolejni członkowie zespołu nie byli już tak zafascynowani Purplami. Mimo to udało nam się zrobić zespół, jakiego nigdy wcześniej w naszym kraju nie było. Polski odpowiedni Deep Purple, z solówkami na gitarze i klawiszach Hammonda i z rasowym wokalistą. Wiśnia dołączył do nas w 2004 r., Kruk grał już wtedy od trzech lat.

Mieliście znakomitego wokalistę, ale na Waszej pierwszej płycie „Memories” zaśpiewał Grzegorz Kupczyk, znany m.in. z Turbo.

– Kupczyk dał nam szansę zaistnienia. Od razu pojawiliśmy się w mediach i w sklepach muzycznych. „Memories” to płyta z coverami, m.in. Deep Purple i Led Zeppelin. Dla Kupczyka był to ukłon w stronę idoli z jego młodości. Dla nas to była pierwsza płyta, na której od razu pokazaliśmy, jakie mamy korzenie i fascynacje. Że to co robimy, to nie jest kicz, tylko hołd.

Pokora jest ważna w zawodzie muzyka?

– W muzyce rockowej wszystko już zostało powiedziane, nie ma już nic do odkrycia. Nie ma sensu cwaniakować. Ważny jest rozsądek. Trzeba też wiedzieć, że się nie jest doskonałym, że zawsze znajdzie się ktoś lepszy, mądrzejszy. Pokora jest ważna, a połączenie jej z odrobiną szaleństwa tworzy prawdziwego rock’n’rolla.

Jesteś zadowolony z tempa swojej kariery?

– Pamiętam, jak przed nagraniem „Memories” stałem pod siedzibą Metal Mind, bo nie wpuszczono mnie do środka. Stałem na zewnątrz i czekałem, aż Kupczyk skończy rozmowy i podpisze umowę…   Dziś to ja podpisuję umowy, ale nie odbija mi palma. Zespołów jest tyle, że stoją w kolejce. Czeka się przed drzwiami, patrzy się w okno, może ktoś wyjrzy, pomacha, coś rzuci (śmiech). Dlatego, jestem bardzo zadowolony.

Każda płyta Kruka to krok do przodu, nowy muzyczny rozdział.

– Niektóre zespoły nagrywają płyty, które wydają się takie same, np. AC/DC. Ja bym tak nie potrafił. Muszę wciąż poznawać nowych ludzi, czytać nowe książki, oglądać nowe filmy, słuchać nowych płyt. Chcę się rozwijać. Mój zespół nie jest komercyjny, nastawiony na zarabianie pieniędzy – to pozwala na rozwój, poszukiwanie. Zaczynaliśmy jako zespół od coverów. Potem była pierwsza płyta autorska i to już było zaskoczenie. Nasza druga płyta była krokiem do przodu w stosunku do debiutu. Trzecia będzie jeszcze większym. Jesteśmy wierni tradycji, ale mamy świadomość, że żyjemy we współczesnym świecie i z jego osiągnięć trzeba korzystać.

Twoje działania mogą wydawać się chaotyczne. Na poprzedniej płycie Kruka zaśpiewał gościnnie Piotr Kupicha, nową produkuje znany ze sceny pop Marcin Kindla. Z drugiej strony wciąż współpracujesz z hard-rockowymi klasykami, jak Kupczyk czy wokalista Rainbow, Doogie White.

– To nie jest chaos, wiem czego chcę. Kto wie, czy współpraca z Kupichą i Kindlą nie dała mi więcej. Z całym szacunkiem, ale temat rockowy jest mi dobrze znany. I to, że widziałem, jak pracuje Kupczyk czy White, wcale mnie nie zaskoczyło. Są świetni, ale robili dokładnie to, czego się spodziewałem. A przy Kupisze i Kindli zacząłem się uczyć nowych rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia.

Kupicha dał Ci więcej niż Kupczyk?

– Tak nie mogę powiedzieć. Bo bez Kupczyka być może by mnie nie było.

Jeśli nie chaos, to może wyrachowanie? Zaprosiłeś Kupichę, żeby sprzedać więcej płyt?

– Były takie głosy, spodziewałem się ich. Tym bardziej, że nie kryliśmy z tym, nawet na okładce płyty była naklejka z jego nazwiskiem. Piotrek jest znakomitym muzykiem, ale gra to co gra. On też chciał się z nami pokazać. Wspólne nagranie piosenki z repertuaru Tiny Turner „Simply The Best” to był strzał biznesowy, oczywiście. Ludzie pytali: jak mogłeś to zrobić? Ale broni nas sama piosenka. Bo to jest dobry i prawdziwy utwór.


Na nowej płycie nie będzie gości?

– Wciąż się nad tym zastanawiamy, rozmawiamy z naprawdę dużymi nazwiskami. Ale tym razem nie jest to priorytet. Pewne rzeczy muszą toczyć się już własnym torem, bez usilnych prób używania dopalaczy.

Jaka to będzie płyta?

– Na pewno nie tylko dla fanów hard-rocka. Nie interesują mnie już stereotypy. Słucham różnej muzyki. Mam świadomość, że mogę dotrzeć do różnych ludzi. To wciąż będzie Kruk, z elementami lat 70., do tego coś nowego w myśleniu muzycznym i produkcyjnym. Wzorujemy się na klasyce, ale idziemy do przodu.

Rozmawiał Marcin Babko

 

Kruk to jeden z najlepszych polskich zespołów hard-rockowych. Grupa z Dąbrowy Górniczej systematycznie pnie się do góry, zdobywając coraz większe rzesze fanów. Ich płyty wysoko oceniały media w kraju i za granicą. Działalność sceniczna jest mocnym punktem formacji. Grupa ma na koncie koncerty w towarzystwie takich znakomitości jak: Thin Lizzy, Deep Purple, czy UFO. Informacje: www.kruk.art.pl

foto: Karolina Rokita

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›