“Nikt nie pisze tekstów generacyjnych” – Wywiad z Krzysztofem “Grabażem” Grabowskim, liderem grupy Strachy Na Lachy.

19 marca 2010 23:55
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

grabazStrachy na Lachy, wraz z nowym rokiem, powróciły z premierowym materiałem. Płyta “DoDekafonia” (Której recenzję znajdziecie na naszym portalu) ukazała się 22 lutego i już w dniu premiery pokryła się złotem. Pomiędzy kolejnymi koncertami udało nam się wypytać Grabaża o szczegóły pracy nad krążkiem, dodatkowe treści ukryte w tekstach, jego stosunek do współczesnej muzyki alternatywnej oraz o to co sam myśli o poezji.

Marcin Bieniek: Czy prace nad “Autorem” i “Zakazanymi piosenkami”, a przy tym bliższy kontakt z tekstami Kaczmarskiego oraz artystów twojej młodości, miały wpływ na to, jak podszedłeś do komponowania utworów na “doDekafonię”? Pojawia się w nich więcej nawiązań do historii niż w przypadku poprzednich płyt Strachów na Lachy.

Grabaż: Nie sądzę. Moje poprzednie płyty były pisane inną techniką. Przy pierwszej płycie pisałem techniką malarską, przy “Pile tango” pisałem techniką filmową, a teraz wróciłem do starej szkoły tworzenia tekstów. O ile tamte płyty, były przede wszystkim jakimś eksperymentem formalnym, o tyle teraz miałem przede wszystkim do przekazania treści, które wymagały powrotu do starego sposobu pisania.

MB: W otwierającym płytę “Chory na wszystko” słyszymy “Śpiewam już tylko o Polsce i o złej miłości”. Na płycie pojawia się dużo więcej bezpośrednich i miejscami ostrych sformułowań. Czy coś się w tobie szczególnego odblokowało?

G: Sporo nazbierało się we mnie rzeczy, którym chciałem dać upust. Ostatnią autorską płytą, którą robiliśmy, była “Piła tango” z 2005 roku. Utwory, które napisałem na “doDekafonię”, popełniłem w listopadzie 2008 roku, tak więc miałem za sobą 3 lata nie pisania. 3 lata w czasie których wiele się działo dookoła mnie, a przede wszystkim we mnie. Jest to więc jakaś próba retrospekcji, oddania siebie w jakiś sposób. Na płycie znalazło się wszystko to, co mnie gdzieś tam wewnątrz kłuło i parzyło.

MB: Najbardziej niejednoznacznym tekstem na płycie wydaje się być “Ten wiatr, ta łąka”. Pytam o niego dlatego, że mieszają się w nim zarówno wątki szarej polskiej codzienności, jak i historii. Jaka była geneza tego utworu?

G: Powstał dokładnie z tych różnych stycznych składowych o których wspominałem wcześniej. Cała historia zaczęła się od Kuzyna, naszego perkusisty, który jeździ w naszym busie koło kierowcy. Najczęściej obserwuje oczy kierowców tirów, którzy się z nami spotykają jadąc z przeciwnej strony. Któregoś dnia zobaczył takiego miglanca z wąsem i powiedział “Brudny ryj z wąsem – Polska”. To ustrzeliło mnie momentalnie, w trzech słowach oddało cały problem (śmiech). Pożyczyłem to od niego na zawsze i wokół tego zacząłem kombinować i rozwijać kolejne myśli. Skoro jesteśmy na Górnym Śląsku, można by rzec, że był to taki kamień węgielny tego kawałka. Chodziło nam o wiele rzeczy i udało się je w tej piosence zawrzeć.

MB: Wiele się zmieniło w krajowej muzyce od waszego debiutu. Praktycznie nie ma obecnie zespołu, który byłby tak aktywny, równie popularny i pisał tak dosadne teksty, komentujące naszą rzeczywistość jak Strachy na Lachy. Większość młodych zespołów nastawia się na łatwe angielskie teksty. Czy też odczuwasz ten brak?

G: Dziwi mnie lekko to, że o tym, co jest tu i teraz próbują śpiewać starsi goście, natomiast nie ma tego zapotrzebowania wśród ludzi młodych. Nie ma tego o czym śpiewałby chociaż Morrissey w piosence “Panic” (Burn down the disco / Hang the blessed DJ / Because the music that they constantly play / it says nothing about my life – przyp. red.), która mówiła coś o życiu. Kiedy ja słucham piosenek młodych zespołów, być może oni śpiewają o swoim życiu, natomiast o moim w ogóle. Nikt nie pisze tekstów generacyjnych. Ostatnim takim zespołem, który poruszył w tekstach jakąś generacyjną historię byli Cool Kids Of Death na swojej pierwszej płycie. Był to dla mnie czytelny strzał generacyjny, który nie dotyczył mojego pokolenia, natomiast ja to bardzo czytelnie odbierałem i byłem w stanie wyrobić sobie zdanie na ten temat. Z drugiej strony takie generacyjne historie, z tym, że mocno wyizolowane, reprezentuje scena hip-hopowa, której zbytnio nie śledzę. Sam mieszkałem w różnych miejscach, ale blokersem nigdy nie byłem, mimo, że swego czasu mieszkałem w bloku. Wolałem grać w piłkę na podwórku i było mi z tym zajebiście dobrze. To był najszczęśliwszy okres mojego życia.

MB: Obserwując playlistę twojej autorskiej audycji w radiu Roxy, widać, że bardzo mocno siedzisz w tym co aktualnie dzieje się w muzyce, prezentujesz głównie kapele z kręgu anglojęzycznego.

G: Nie tylko. Angielski to uniwersalny język świata, ale na antenie prezentuję zespoły z różnych zakątków globu. W głównej mierze są to kapele ze Stanów i Wielkiej Brytanii, ale jest też sporo z Australii, Nowej Zelandii czy Skandynawii. Bardzo mocno nastawiłem się na zespoły pochodzące z Kanady. Przez ostatnie 10 lat działo się tam naprawdę sporo dobrych rzeczy. Odczuwam tam też pewne zmęczenie materiału, w kwestii dźwięków o bardzo specyficznej kanadyjskiej strukturze. Chodzi mi o pewien rodzaj delikatności, kanadyjskiego spleenu, który bardzo lubię, natomiast faktem jest, że najlepsze rzeczy utrzymane w tym stylu ukazały się w latach 2006/2008, a może nawet wcześniej. Mam tutaj na myśli przede wszystkim The New Pornographers. W moim rankingu najlepszych płyt 2009 roku są aż dwie pozycje z kraju Klonowego Liścia – najlepsza płyta w ubiegłym roku czyli “Dragonslayer” zespołu Sunset Rubdown oraz “Clues” grupy Clues.

MB: To co osobiście podoba mi się w muzyce pochodzącej zza oceanu, a zwłaszcza z Kanady, to pewna charakterystyczna kolektywność. Potrafią zebrać się w kilka osób i bardzo umiejętnie drążyć jedną myśl muzyczną.

G: Specyfiką muzyki o której mówisz jest to, że potrafią przy tym nagrać po 3 zajebiste płyty  w roku. Nie mam pojęcia jak to robią, jeżdżą przy tym w ogólnoświatowe trasy, każdy gra z każdym, wystarczy wspomnieć o instytucjach jakimi są Broken Social Scene czy Arcade Fire. Wracając do poprzedniego pytania, zawsze byłem fanem muzyki i zawsze się muzyką interesowałem. Kiedyś jeździłem na koncerty jako widz i jako słuchacz. Usłyszałem wtedy polskie punkowe kapele i pomyślałem, że ja też mógłbym tego spróbować. I teraz kiedy stałem się zawodowym muzykiem, który z muzyki potrafi się utrzymać, siłą rzeczy muszę być na czasie i słuchać tego co się dzieje w świecie. Tak samo, jak dajmy na to piłkarze muszą być na czasie z tym, co dzieje się w sporcie, poszerzać swój warsztat i horyzonty. W muzyce, co dwa lata pojawia się gatunek, który odwraca do góry nogami cały branżowy porządek, a potem po dwóch latach przychodzą kolejni i dzieje się to samo. Cała sprawa nie polega na niewolniczym małpowaniu, natomiast warto mieć rękę na pulsie i dostrzegać pewne ważne elementy, które pojawiają się na bieżąco w muzyce. Rock gdzieś od 15 lat jest sztuka autocytatów i wszystko zależy teraz od tego, jak te autocytaty się stosuje. Muzyka cały czas jest dla mnie fajną przygoda i nie wyobrażam sobie miesišca bez kupienia 10 płyt i odkrycia czegoś inspirującego.

MB: W jednym z najciekawszych utworów na płycie (“Dziewczyna o chłopięcych sutkach”) pojawia się Natalia Fiedorczuk. Jak doszło do współpracy? Pisałeś ten utwór z zamysłem wykonania go w duecie?

G: Nie, napisałem tę piosenkę w pierwszej liczbie osoby pojedynczej, czyli w swoim własnym imieniu. Dopiero kiedy zacząłem ją dopracowywać pod kątem rejestracji studyjnej, któregoś dnia wpadło mi do głowy czy zamiast monologu nie mógłby wyjść z tego dialog, forma rozmowy między facetem i kobietą. Wróciłem do domu, przyjrzałem się tekstowi na ekranie komputera i stwierdziłem, że faktycznie jest taka możliwość, co więcej będzie to ciekawsze. Z Natalią znam się długi czas. Kiedy przyjechała po raz pierwszy do Poznania, to od razu wziął ją pod swoje ramiona Dziadek (Sławomir Mizerkiewicz – przyp. red.) właściciel studia CZAD, były gitarzysta Pidżamy. Natalia na pocątku była dzikim dziewczyniskiem, które kładło każdy koncert jaki widziałem z jej udziałem. Natomiast Dziadek cały czas powtarzał, że dziewczyna ma potencjał, w studiu gra zupełnie inaczej niż na żywo. Później zobaczyłem raz na żywo fajny koncert Orchid, na którym Natalia wypadła naprawdę dobrze. Zaprosiłem ją do współpracy głównie ze względu na bliskość geograficzną. Z początku nie mogłem się z nią skontaktować. Po drodze odmówiła nam Karotka czy Ania Brachaczek, ale to już zupełnie z innych względów. W końcu okazało się, że Natalia zmieniła numer i koniec końców umówiliśmy się na nagrania.

MB: Na pierwszego singla promującego “doDekafonię” wybraliście “Żyję w kraju”, który w przeciwieństwie  do singli z poprzednich albumów, nie ma tak radiowego potencjału. Skąd taki wybór?

G: Nie ma radiowego potencjału? Ten kawałek dotarł do 1 miejsca listy przebojów Trójki, stał się 4 przebojem roku w Teraz Rocku. Wybierałem tę piosenkę na singiel nieco na przekór, myślałem, że będzie funkcjonował tylko w internecie. No, ale w końcu podchwyciły go stacje i grały do znudzenia. Wyszło na to, że to jeden z moich najczęściej granych utworów w stacjach radiowych.

MB: Masz na swoim koncie dwa zbiory poetyckie, dostałeś paszport polityki za “umiejętność łączenia estetyki rocka z tekstem literackim”. Czy czujesz się jakąś częścią polskiego świata poetyckiego? Wasz pierwszy wspólny występ pod nazwą Strachy na Lachy zainicjowali organizatorzy Portu Legnica 2001 – najważniejszej wówczas imprezy poetyckiej w kraju.

G: O poezji mam bardzo liche pojęcie. Nie kończyłem żadnych studiów polonistycznych, jestem historykiem z wykształcenia. W mojej prywatnej opinii twierdzę, że nigdy nie napisałem wiersza. Piszę teksty do piosenek i te tomiki, które się ukazywały to są po prostu moje piosenki. Natomiast są w tym kraju osoby, które twierdzą, że te piosenki mają znamiona poezji. I to jest kilku dosyć poważnych gości o których śmiem twierdzić, że znają się na tym temacie i nie mam zamiaru z nimi polemizować. Piszę teraz książkę z Krzysztofem Gajdą, człowiekiem, który pisał biografię Jacka Kaczmarskiego i który jest doktorem polonistyki. On pokazał mi w moich tekstach środki, które rzekomo stosuję. Ja piszę w sposób intuicyjny. Tak czuję, tak piszę i taki mam styl. I jeśli ktoś uznaje to za poezję mówię spoko, już się nie obrażam(śmiech).

MB: Chciałbym spytać o książkę nad którą teraz pracujesz. Jej roboczy tytuł to “Zgłowić Grabaża”. Czego możemy się po niej spodziewać?

G: Tytuł jest jak najbardziej roboczy. Gajda ma ksywę Głowa, więc zaproponował tytuł “Głowa Grabaża”, który mi jakoś specjalnie nie brzmiał. Rzuciłem hasło “Zgłowić Grabaża” i na razie tak zostało. Książka będzie miała charakter wywiadu rzeki, może nawet bardziej monologu. Wiedziałem, że kiedyś będę musiał coś takiego wydać. Paweł Dunin-Wąsowicz kilka razy się do tego przymierzał, ale obaj mamy klasyczne objawy niedoczasu. Gdybym sam miał zrobić taką książkę, to mogłoby to wyjść nienajlepiej, mimo, iż generalnie w piśmie jestem dużo bardziej biegły niż w słowie mówionym. W okolicach płyty “Autor” wyświetlił mi się Krzysztof Gajda, przeczytałem wszystkie jego książki. Rozpoczęliśmy współpracę, zaczęliśmy gadać i tak przegadaliśmy pół roku. Wyszło z tego milion znaków, teraz Krzysztof siedzi nad tym i porządkuje to w jedną całość. Plan mamy taki, żeby wydać to na jesieni tego roku.

MB: Czy sam kiedykolwiek chciałeś napisać powieść?

G: Raczej fabularnie jestem nienajlepszy. Wolę formy krótsze, w których mogę skondensować to, co mam do powiedzenia. Czasem rozważam taką możliwość, ale nie mam żadnego dobrego pomysłu. Zreszą napisać 700 stron i zorientować się, że to, co się napisało to straszna kaszana, to z pewnością nic przyjemnego. Mój mentor literacki Dunin zawsze mi mówi: “Ty Grabaż pisz piosenki, bo to ci dobrze wychodzi”. Sam zawsze chciał zostać gwiazdą rocka, no ale w końcu został gwiazdą polskiej literatury. Może nie jest najwybitniejszym autorem, jednak ma niezwykłą osobowość.

MB: Z tego co wiem Paweł Dunin-Wąsowicz również pisze teksty do piosenek.

G: Tak, tylko niestety sam je śpiewa. Wiesz, ja mam świadomość tego, że jestem fatalnym wokalistą, natomiast Dunin jest jeszcze fatalniejszy. Natomiast osobiście jest mi bardzo bliski, kocham go i przyjaźnimy się od bardzo dawna. On sam wyznaje mi miłość tylko po pijaku. Gdyby nie Dunin to być może nie rozmawialibyśmy teraz. To był człowiek, który w sposób zdecydowany, czasem nawet dosadnie brutalny namówił mnie do powrotu do grania(po zawieszeniu działalności Pidżamy Porno w 1990 roku – przyp. red.). Był czas kiedy byłem w artystycznej dupie i nikt o mnie nie pamiętał, a Dunin, był jednym sprawiedliwym, który w pewien sposób zawsze mnie dopingował. Na prawie 4 lata zrezygnowałem z grania muzyki. Impulsy, które wysyłał na tyle łechtały moją próżność, że uległem. Z muzykowaniem jest tak, że jak się połknie bakcyla to się go ma na całe życie.

MB: Chciałbym spytać o oprawę graficzną waszej ostatniej płyty. Jest to jedna z lepiej wydanych polskich albumów w ostatnim czasie. Jak wpadliście na trop grafiki oraz pomysł na formę opakowania płyty?

G: Bardzo chciałem wykorzystać motyw Don Kichota, tylko zamierzałem go ograniczyć do czegoś co kojarzyłoby się z Polską. Natomiast problem polega na tym, że Vahan Bego jest Ormianinem i są pewne rzeczy, których nie ogarnia i każda próba połączenia Don Kichota z elementem kojarzącym się z Polską była słaba. Natomiast wiedziałem o Vahanie tyle, że kiedyś malował Don Kichoty i namalował ich naprawdę mnóstwo, dwa wiszą w moim domu. Przejrzeliśmy jego teczkę i znaleźliśmy projekt, którego końcowa forma widoczna jest na okładce. Natomiast kształt fizyczny płyty jest zasługą Arka Szymańskiego,ją do takiego stanu w jakim się ukazała.

MB: Na koncertach przearanżowaliście lekko kilka utworów, na wersje bardziej  gitarowe, elektryczne. Skąd ta zmiana?

G: Jak jesteśmy na koncertach, tym bardziej na Śląsku, to koncert jest jednym wielkim zmaganiem się z materią. Nigdy nie osiągniesz tego samego brzmienia, które uzyskałeś na płycie, chyba, że grasz z playbacku, ale i wtedy kolumny mogą to totalnie przekłamać. Taka jest uroda występów na żywo. Jeśli posłuchasz sobie R.E.M. ze studia i posłuchasz sobie płyty live, to zawsze gdzieś coś zafałszuje, nie stroi, ale to nie znaczy, że muzyka jest zła. W studiu masz inną koncepcję na kawałek, na żywo masz inną. Zmieniła się też pojemność naszego busa i siłą rzeczy części instrumentów nie używamy na koncertach.

MB: Trasa promująca “doDekafonię” wystartowała. Jakie są twoje przeczucia odnośnie nadchodzących koncertów?

G: Ukułem pewną teorię siedząc w garderobie przed koncertem w Gliwicach – zespół powrócił na szczyt, garderoba znowu pełna(śmiech).

MB: Dzięki za wywiad

G: Dzięki.

 

Rozmawiał Marcin Bieniek, marzec 2010r.

 

 

 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›