O polskich drogach, kościołach i korzeniach amerykańskiego folku – rozmowa z Micah P. Hinsonem

15 lutego 2010 15:29
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.
HinsonTen niezwykły muzyk, pochodzący z dalekiego Abilene w Texasie, przyjechał pod koniec listopada do Katowic, by u boku Grizzly Bear oraz St. Vincent zagrać koncert w ramach Festivalu Ars Cameralis. Jak się później okazało muzyk wystąpił, jednak samotnie. Dwoje pozostałych artystów odwołało swoje występy. Po świetnym koncercie wypytałem Micah o kilka szczegółów związanych z jego karierą oraz przyjazdem do Polski.

Marcin Bieniek: Za wami daleka droga, ciężko było dojechać do Katowic?

Micah P. Hinson: Tak droga była niezwykła. Najpierw pędziliśmy blisko 160 kilometrów na godzinę przez niemieckie autostrady i po przekroczeniu granicy z Polską musieliśmy zwolnić do 70. Spytałem siebie „Gdzie ja jestem?”. Ale jeździłem już wcześniej samochodem po Irlandii i pod względem dróg Polska bardzo mi ja przypomina. Będąc już w waszym kraju jechałem autostradą i dowiedziałem się, że ST. Vincent oraz Grizzly Bear nie zagrają  i będę musiał być headlinerem. Byłem przestraszony, ale nie było mowy o tym, że mógłbym nie wystąpić.

 

MB: Niektórzy ludzie przyszli na koncert wyłącznie ze względu na ciebie.

MPH: O, to na prawdę dobra wiadomość

 

MB: Porozmawiajmy trochę o twojej muzyce. Czujesz się jak kontynuator pewnej tradycji folkowego grania? Pytam w związku z twoim ostatnim albumem, na którym znalazły się wyłącznie covery takich artystów jak Elvis Presley, Dylan, Cohen czy Sinatra.

MPH: Dokładnie o to mi chodziło. Jestem jak najbardziej związany z tradycją amerykańskiego grania. Jest w niej coś magicznego. Podam taki oto przykład – Kiedy The Beatels wydali album “Magical Mystery Tour” w piątek, Jimi Hendrix zagrał te utwory w poniedziałek na swoim koncercie. Wykorzystał je jako swoją inspirację dodając do nich nowego ducha. Ja starałem się zrobić podobną rzecz. To było bardzo intuicyjne, nikt wtedy nie uczył się piosenek na pamięć. Tradycyjne myślenie zakładało granie cudzych utworów w bardzo zindywidualizowany sposób.

 

MB: Czy jednak przygotowywałeś się w jakikolwiek sposób do nagrania tego albumu? Było ciężko?

MPH: Tak, miejscami bardzo. Sam proces przygotowawczy był skomplikowany. Najpierw wybrałem artystów, którzy najbardziej odpowiadali moim muzycznym gustom. Wybrałem utwory, które znaczyły wiele w moim życiu, jak „Sleepwalk” zespołu Santo And Johnny, który przypominał mi o mojej pierwszej miłości. Miałem w planach nagrać także część drugą, która byłaby bardziej rockowa i głośna. Strasznie uwielbiam zespoły pokroju My Bloody Valentine, ale niestety wytwórnia nie poszła na to. Nagraliśmy więc tylko spokojniejszą część, ale i tak jestem z niej dumny. Nie wiem, czy ktoś poza mną ją docenił, ale już samo to, że siedzę tutaj i rozmawiamy na temat tej płyty to chyba dobry znak.

MB: Nagrywając album “Red Empire Orchestra” pracowałeś ze znanym w kręgach alternatywnych producentem Johnem Congletonem. Czy było to dla ciebie coś nowego?

MPH: Zawsze byłem zwolennikiem masywnego brzmienia. John potrafi wydobyć go nawet z delikatnych akustycznych dźwięków, stąd tak bogate brzmienie tej płyty. Mój nowy album, który powoli powstaje, będzie nieco inny, bardziej wyciszony. Zobaczymy co z tego wyjdzie

MB: Pewien polski zespół również współpracował z Johnem (George Dorn Screams).

MPH: Serio? Ach, chyba coś sobie przypominam, sam mi o tym opowiedział. Nie mówili chyba zbyt dobrze po angielsku, ciągle kłócili się po polsku. Dla niego było to niesamowite doświadczenie, ciągle wspominał, że było całkowicie „inaczej”, niż podczas współpracy z innymi artystami. Świat jest strasznie mały.

 

MB: Wiele zespołów marzy o tym, by nagrać album z kimś takim jak John.

MPH: Tak, on sam napisał do mnie na myspace, ale z racji tego, że rzadko sprawdzam tą stronę, dowiedziałem się o tym z lekkim opóźnieniem. Byłem strasznie zaskoczony. Po prostu spytał czy chciałbym z nim nagrać album, to było bardzo dziwne. Nie wiedziałem nawet zbytnio kim jest, ale teraz, kiedy wspólnie pracowaliśmy na albumem, mam do niego ogromny szacunek. Jest bardzo miłym i przyjacielskim człowiekiem. Niedawno otwierałem koncert jego zespołu The Paper Chase, grają naprawdę masywną i tajemniczo brzmiącą muzykę. Kiedy jednak spotkaliśmy go po raz pierwszy wyglądał całkowicie niepozornie, jak mały niedźwiadek.

 

MB: Czy muzyka jest czymś w rodzaju terapii wobec tego co przytrafiło ci się w życiu? Tego co dzieje się obecnie w Stanach?

MPH: Staram się trzymać jak najdalej od polityki, to nie jest moje miejsce. Ale jeśli chodzi o moje życie prywatne to tak, muzyka nie raz mi pomogła. Tak było w przypadku nagrywania mojego pierwszego albumu “The Gospel of Progress”. Utwory, które się na nim znalazły powstały bez zamiaru wydawania ich. Po prostu nagrałem kasetę i rozdałem ją kilku znajomym. Były dla mnie bardzo osobiste, pomogły mi uporządkować zamieszanie w głowie. Byliśmy dzisiaj (wspólnie z żoną, która podczas wywiadu towarzyszyła Micah – przp. MB) rano w kościele, który znajduje się niedaleko hotelu w którym się zatrzymaliśmy. Gdy przechodziliśmy obok, akurat rozmawialiśmy na temat dzisiejszego koncertu. Dlaczego Grizzly Bear i St. Vincent nie dojechali? Może był to jakiś znak od Boga? To mój pierwszy koncert w Polsce, w dodatku będę mogłem zagrać przed tak liczną widownią. Miałem mnóstwo wątpliwości. Okazało się jednak, że publika nie pozwoliła mi zejść ze sceny przez dwie godziny. To było niesamowite. Wracając do kościoła, weszliśmy do środka i uderzyły nas niesamowite emocje. Mimo, że nie rozumieliśmy ani słowa, to dźwięk organów i śpiew ludzi spowodował, że cała msza okazała się bardzo niesamowitym przeżyciem.

MB: Zawsze podróżujecie razem?

MPH: Nie, moja żona ma pracę, lecz gra też od czasu do czasu w moim zespole. Rok przed naszym ślubem wzięła sobie wolne i wyjechaliśmy w strasznie długą trasę. To było piękne.

MB: Czy było dla ciebie wielkim zaskoczeniem to, że ktoś dostrzegł cię w Europie i zdecydował się wydać twój debiut?

MPH: Oczywiście, to było jak cud, w ogóle nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Gość który mnie wydał zadzwonił do mnie akurat gdy stałem na scenie z gitarą. W zasadzie to był mój cały ekwipunek, nie miałem niczego więcej poza gitarą. Usłyszał mój utwór w BBC, gdzie został puszczony przez jednego z dziennikarzy, spodobał mu się. Teraz podobna sytuacja spotkała mnie w wypadku napisanej przeze mnie książki. Pewien wydawca z Hiszpanii zdecydował się ją wydać w przekładzie. Myślałem, że to beznadziejnie napisana rzecz, jednak on po przeczytaniu stwierdził coś zupełnie innego.

MB: Może opowiesz coś więcej na jej temat?

MPH: Nazywa się “You can dress me up, but you can’t help me”. Historia jest bardzo prosta, mężczyzna spotyka dziewczynę i zaczyna się jej zwierzać ze swojego życia. Stopniowo jednak opowieść bardziej angażuje samą dziewczynę niż opowiadającego. I na tym oczywiście nie koniec. Kocham pisać, mam pomysły na kilka innych książek.

 

MB: Jakie plany na przyszłość?

MPH: Chciałbym nagrać ponownie materiał ze swoich EP i singli, które są już niedostępne. Odwiedziłem ostatnio serwis ebay i to co zobaczyłem zaskoczyło mnie totalnie. Jedna z moich wcześniejszych EP została wyceniona na 200 dolarów. Hej, przecież ja jeszcze żyję! Nowy materiał planuję nagrać z kilkoma hiszpańskimi muzykami. Będę też nieustannie koncertował. To fascynujące odwiedzać miejsca w których nie można dostać twoich płyt. Publika jest nieprzewidywalna.

 

MB: Dzięki za wywiad.

 

 

rozmawiał Marcin Bieniek, listopad 2009r.

 

 

Hinson

 

 

 

fot:Agnieszka Maga Baryła

 

 

 

 

 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›