Muzyka jako rodzaj terapii – wywiad z New York Crasnals

5 sierpnia 2010 10:46
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

nyk

Po dwóch latach od wydania swojej debiutanckiej płyty, krakowska grupa New York Crasnals powraca z premierowym materiałem. Zestaw 11 dojrzałych utworów nosi nazwę „Woman In Love, Men In Uniforms”. Płyta pod wieloma względami stanowi jedne z najciekawszych polskich wydawnictw muzycznych roku 2010. Przekonajcie się co na temat jej powstania oraz roli artysty-muzyka mają do powiedzenia sami członkowie zespołu.

Marcin Bieniek: Po dosyć dobrym przyjęciu waszego debiutu zniknęliście na dobre dwa lata. Co działo się z zespołem przez ten czas?

MARCIN: Kończyliśmy studia, pracowaliśmy, układaliśmy sobie życie. Nagrywaliśmy coś na boku i powoli komponowaliśmy nowy materiał NYC.

JACEK: Nagrywając pierwszą płytę, nie zastanawialiśmy się kiedy będziemy nagrywać kolejną. Nasze życia podlegają bardzo wielu bodźcom szturchającym nas na codzień z wielu  stron. Muzyka jest jednym a nie jedynym z nich.

MICHAŁ: …a dla mnie jest na tyle istotnym, że wykorzystałem ten czas na nagranie płyty solowej.

Marcin Bieniek: Jesteście ciekawym przykładem zespołu, którego skład jest rozrzucony pomiędzy dwoma odległymi miastami – Krakowem a Sztokholmem (gdzie przebywa wokalista Jacek Smolicki). Na waszej nowej płycie nie słychać, aby stanowiło to problem dla muzycznego rozwoju zespołu – wręcz przeciwnie, w waszym wypadku separacja zadziałała odświeżająco. Zgodzicie się z tym? Jak pracowaliście nad nowymi utworami?

MARCIN: Paradoksalnie taka sytuacja tak jak mówisz dała nam świeżość i wystarczająco dużo czasu na to, żeby zastanowić się nad nowym materiałem. Podczas pobytów Jacka w Krakowie graliśmy próby i rejestrowaliśmy pomysły, które potem spokojnie rozwijały się nabierając kształtów.

MICHAŁ: Dobre jest także to, że mieszkając w różnych miejscach inspirują nas inne zjawiska, rzeczy etc.

JACEK: Myślę, że działalność na dystans działa na plus zespołów. Każdy z nas ma dosyć mocną osobowość i przebywanie zbyt długo ze sobą mogłoby się źle skończyć (śmiech).

Marcin Bieniek: Nie zastanawialiście się, by spróbować sił na szwedzkiej scenie? Wasz nowy materiał mógłby się tam bez problemu obronić.

MARCIN: Nie bardzo wiem, jak miałoby to wyglądać i do czego doprowadzić. Tworzenie muzyki jest pasją, ale nie sposobem na życie. Musimy chodzić do pracy i płacić rachunki. Niestety nikt za nas tego nie zrobi, ani nie da nam tyle pieniędzy, żebyśmy mogli nie pracować i tylko skupić się w 100% na muzyce. To nie te czasy i nie ta długość geograficzna. Muzyka jest, dla mnie przynajmniej, dodatkiem do prawdziwego życia i rodzajem terapii w obliczu problemów, jakie ono niesie.

JACEK: Ja traktuje muzykę jako jedno z wielu mediów wypowiedzi obok pisania, sztuki video czy fotografii. Nie interesuje mnie uderzanie w jeden, konretny rynek. Myślę, że jeśli sztuka jest dobra, to prędzej czy później trafi tam gdzie ziemia żyzna, a umysły otwarte…

Marcin Bieniek: Tym razem mieliście nieco więcej czasu na nagrania, jak wspominacie ten proces? Czy czuwający nad produkcją Marcin Prusiewicz wniósł coś nowego do jakości zespołu?

MARCIN: Z Marcinem Prusiewiczem znamy się od wielu lat i pracowaliśmy razem przy kilku projektach. Także poprzednią płytę nagrywaliśmy w jego podkrakowskim studio w Owczarach. Tym razem wróciliśmy na dłużej, dłubaliśmy przez dwa miesiące i zalaliśmy mu łazienkę (śmiech). Jego obecność gwarantowała, że wszystko będzie brzmieć tak jak powinno. Mogliśmy się skupić na kompozycjach, a Marcin czuwał, żebyśmy czegoś nie zepsuli i podsuwał świetne pomysły na uzyskanie ciekawego brzmienia. Poza świetnie wyposażonym studiem ma także ogromną wiedzę, którą chętnie się dzieli.

Marcin Bieniek: Otwierający płytę „Halva Priset” przynosi skojarzenia z Mogwai, gdzie indziej nie da się odgonić skojarzeń z math-rockową precyzją Polvo („Frederic Sean Penn”). Czy inspiracje mają wielki wpływ na waszą muzykę? Czy może podchodzicie do niej bardziej instynktownie?

MARCIN: Muzyka NYC jest wypadkową naszych trzech osobowości, ścieramy się w swoich poglądach i szukamy części wspólnych niemal w każdym kawałku. Ciągle jest to jednak moim zdaniem działanie instynktowne niźli kalkulowane na chłodno. Cząstki inspiracji, czyli to czego słuchamy i słuchaliśmy przez te 2 lata komponowania materiału na pewno wypłynęły w naszej muzyce. Różne to były zapewne inspiracje dla każdego z nas, zresztą nie tylko muzyczne. Nie mamy jednej wizji muzyki w tym zespole, każdy ciągnie w swoją stronę i pewnie dlatego te numery brzmią tak, a nie inaczej J

JACEK: Inspiracją nie jest tylko muzyka, ale zdarzenia wzięte żywca z naszego życia czy otoczenia. Moim ulubionym zajęciem jest obserwowanie i otwieranie się na zaskoczenia i inspiracje. Przyznam szczerze że ostatnio wogóle nie słucham muzyki i może wstyd przyznać ale nie wiem co takiego gra Polvo. Lubie stawiać sobie poprzeczkę i nie inspirować się medium przez które sam się wyrażam a na przykład przechadzką przez wschodnią Jerozolimę…

MICHAŁ: Jak widać, każdy z nas żyje w nieco innym świecie, bo dla mnie Polvo jest rzeczywiście sporą inspiracją. Zgadzam się z tym co powiedział Marcin, nasza muzyka jest wypadkową tego co nam siedzi w głowach, a z racji tego że każdy z nas słucha zupełnie innej muzyki nie można w naszym przypadku użyć terminu ‘zespołowa inspiracja’. I chyba dobrze, nie łatwo nas bowiem zaszufladkowaćJ.

Marcin Bieniek: Nie da się rozmawiać o waszej nowej płycie bez pytania o oprawę graficzną za którą odpowiada Jacek. Powiedzieć, że przyłożyliście się do jej opracowania to mało. To jak osobne dzieło sztuki. Nie wydaje się wam, że obecnie mało kto przykłada uwagę do materialnej formy wydawnictwa? Dla was ta kwestia wydaje się być istotna, zgodzicie się?

MARCIN: Moim zdaniem w erze MP3 fizyczne wydawanie płyt nie musi być przeżytkiem. Pobranej empetrójki nie postawię sobie na półce, a już ładnie wydany album w ciekawie zaprojektowanym opakowaniu jak najbardziej. Lubię kupować płyty, które naprawdę mi się podobają i do tego zaintrygują mnie oprawą graficzną.

JACEK: Jestem z wykształcenia projektantem, więc szczerzę mówiąc może nawet pewniej czuję się w tworzeniu tego typu rzeczy niż muzyki. Smuci mnie fakt że muzyki dzisiaj nie ubiera się w godne jej szaty graficzne, a pozostawia nagą bądź ubraną w no-nameowe bezwyraziste, albo wręcz przeciwnie krzykliwe i rzekomo nęcące ‘szmaty graficzne’…

Zdarza się od czasu do czasu jednak piękne odzienie jak choćby ostatnia płyta zespołu Enablers.

Marcin Bieniek: Czy waszym zdaniem istnieje krakowska scena alternatywna, tak jak ma to miejsce w Trójmieście, Warszawie czy chociażby Mysłowicach? Można wyznaczyć jakieś grono osób i miejsc, które świadczyłyby o tym, że w Krakowie szeroko pojęta alternatywa ma się dobrze?

MARCIN: 5 lat temu wspólnie ze znajomymi próbowaliśmy skonsolidować krakowską scenę muzyki niezależnej organizując festiwal Solve Small Scene. Chodziło o to, żeby ludzie tworzący muzykę w tym mieście usłyszeli o sobie nawzajem, mogli wspólnie zagrać koncert i wymienić się doświadczeniami. My zaczynaliśmy w środowisku skupionym wokół Kawiarni Naukowej, przyjaźnimy się do dzisiaj z chłopakami z Citizen Women There, Tele (ex Music Unsola), 10 000 Szelek. W KN mieliśmy okazję wspólnie grać, a także podglądać zachodnie kapele prezentujące naprawdę światowy poziom, jak chociażby berliński Kam:as. Tak więc odpowiadając na pytanie – krakowska scena alternatywna ma się nieźle, ponieważ są ludzie, którym się chce po prostu grać, działać, tworzyć, organizować, taszczyć sprzęt i nagrywać pomimo zerowego wsparcia ze strony miasta. Oprócz wspomnianych kapel wymieniłbym jeszcze grupy White Rabbit’s Trip, Pambuk oraz New Century Classics. Jest też na pewno dużo zespołów, których po prostu nie znam.

JACEK: Moim zdaniem sceny nie ma, ale jest grupa ludzi, zapaleńców i artystów, którzy robią swoje pomimo masy trudności…

Marcin Bieniek: Jak oceniacie krajową scenę w skali makro? Powstaje coraz więcej festiwali, funkcjonuje kilka niezależnych wydawnictw. Czy młody polski artysta ma szansę z tego skorzystać? Macie jakieś porównanie z sytuacją na rynku szwedzkim?

MARCIN: To wszystko zależy od tego co młody polski artysta chce osiągnąć J Jeśli chce sławy, kariery, pieniędzy, to raczej tego nie znajdzie, ale powodzenia. W Polsce istnieje podejście do muzyki jak do towaru, który musi się sprzedać i zwrócić, dlatego tak chętnie promowane są polskie kalki wykonawców, którzy sprzedają się w USA i UK. W takim rozumieniu muzyki nie ma miejsca na sztukę, na jakieś głębsze emocje. My świadomie rezygnujemy z takiego podejścia i skupiamy się na tworzeniu muzyki, takiej jaką chcemy, bez żadnych kompromisów czy też prób przypodobania się i wstrzelenia w jakieś modne trendy. Nie oczekuję niczego więcej, poza możliwością nagrywania i wydawania płyt w ograniczonych nakładach dla wąskiego kręgu zainteresowanych nią osób. Jeśli więc młody polski artysta chce grać koncerty i nagrywać muzykę poświęcając na to własny wolny od pracy czas i wydając własne pieniądze to w porządku, da się to robić.

MICHAŁ: Ja już szczerze wątpię, czy wogóle w Polsce możemy mówić o scenie niezależnej. Obowiązuje tu zasada ułańskich zrywów i partyzantki, dająca w efekcie jakąś dobrą płytę raz na pare lat, jakiś przebłysk nowego wykonawcy, chwile popularności, ale  finalnie zniechęcenie. Nie ma silnych mediów promujących tego typu zjawiska, stąd grupa odbiorców ‘polskiego niezalu’ jest bardzo wąska. Widać to dobrze na koncertach  – ta sama garstka znajomych twarzy od lat.

JACEK: Szwecja to zdaje się trzeci nawiększy rynek muzyczny na świecie. Bardzo wiele pop-gwiazd i gwiazdek jest produkowanych przez Szwedów, mających niekwestionowany talent przedsiębiorczy. Zespołom jest dużo łatwiej wystartować i przetestować swoje umiejętności zarówno w studiu jak i na scenie. Konkurencja jest spora, dzięki czemu poziom jest też dosyć wysoki. Byłem na wielu koncertach młodych szwedzkich kapel i muszę jednak przyznać, że rzadko kiedy robią na mnie wrażenie. Zauważalny jest trend, dążenie do sukcesu przez powielanie pewnej sprawdzonej stylisyki. Młode zespoły szwedzkie w porównaniu z polskimi odstają na plus jeśi idzie o sprzęt, zaplecze techniczne, całą otoczkę wokół i pewność na scenie wynikająca z szansy częstych występów na ludzkich warunkach. Polskie zespoły, przynajmniej te które gdzieś tam udało mi się usłyszeć, wydają mi się jednak przewyższać Szwedzkie pewną naturalnością i chęcią łamania reguł zamiast bezwiednego poddawania się im.

Marcin Bieniek: Wydaje się, że w obecnej sytuacji najlepszą promocją zespołu oraz płyty pozostaje granie koncertów. W waszym wypadku może być to nieco utrudnione. Czy planujecie jakąś trasę?

JACEK: Granie koncertów, owszem  może być dobra metodą promocji, ale w momencie kiedy koncert jest odpowienio nagłośniony i w sytuacji kiedy miejscu które je organizuje również na tym zależy. To kolejna bolączka w Polsce – organizacja koncertów od strony klubu. W naszym wypadku granie koncertów zawsze było czymś w rodzaju wolontariatu. Inaczej oczywiście z dużymi festiwalami.

MICHAŁ: Przykra sprawa z tymi koncertami. Jeszcze 2-3 lata temu wydawało się, że wreszcie w Polsce ludzie polubili chodzenie na koncerty do małych klubów, jednak ostatnio tendencja zdecydowanie się odwraca. I widac to także po organizatorach – coraz mniejsze jest ich zainteresowanie i zaangażowanie, poza małą grupą zapaleńców,  znikają powoli miejsca na tego typu aktywności w naszym kraju. Klub woli zarobić na potańcówie, zamiast robić niszę dla 100 osób. Można gdybać jaka  jest tego przyczyna, ale podejrzewam że spory na to wpływ może mieć zasobnosć portfeli młodych Polaków. Stać nas na jakieś dwa festiwale w roku (a tych jak wiemy w Polsce przybywa i ich poziom stale rośnie), odpuszczamy więc powoli życie klubowe…

 

Dzięki za wywiad!

Marcin Bieniek/Lipiec/2010

 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›