Konsekwentnie – Falami. Wywiad z dziennikarzem muzycznym, wydawcą i dyrektorem artystycznym World Fusion Music Festival, Marcinem Babko.

5 września 2011 21:39
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Marcin Babko jest znany w okręgu katowickim przede wszystkim jako dziennikarz lokalnego wydania Gazety Wyborczej, gdzie już od ok. 10 lat zapowiada wydarzenia muzyczne, recenzuje płyty i koncerty, przeprowadza wywiady z twórcami występujacymi w naszym regionie i nie tylko. Od jakiegoś czasu zajmuje się również promocją muzyki w inny sposób – jako właściciel wydawnictwa Falami, organizator Silos Falami Festu oraz dyrektor artystyczny odbywającego się w Sosnowcu World Fusion Music Festival. Z tej okazji postanowiliśmy zadać mu kilka pytań.

Łukasz Folda- Od jakiegoś czasu zajmujesz się promocją muzyki nie tylko jako dziennikarz, ale i wydawca. Kiedy pojawiła się w Tobie chęć stworzenia wydawnictwa Falami i co Tobą kierowało, gdy rozpoczynałeś tę inicjatywę?

Marcin Babko: – Konsekwencja. Od ponad 10 lat jestem dziennikarzem muzycznym. Dobrze znam lokalną scenę, staram się pomagać w karierze tym, których twórczość cenię. Ale znudziło mi się tylko komentowanie, mówienie i pisanie o muzyce. Chciałem też kreować, tworzyć. Od pięciu lat znów gram muzykę w zespole Muariolanza, m.in. z ludźmi z którymi w latach 90. mieliśmy grupę Młajli. Wydawanie muzyki to też tworzenie: po roku istnienia firmy ukazało się pięć płyt, na których jest dużo fajnej muzyki, muzyki ciekawie wydanej. To zostanie. To bardzo fajne. Coraz częściej artyści sami się do nas zgłaszają, chcieliby coś robić razem z nami.

Ł.F.-Jacy są Twoi ulubieni lokalni artyści? Kogo cenisz najbardziej?

M.B.-Gdy słucham nowej polskiej muzyki i gdy robię to nie tylko dla przyjemności, ale np. ze względów zawodowych, filtruję ją na kilka poziomów. To m.in. “zespoły, o których nie chcę pisać”, “zespoły, o których trudno napisać coś dobrego”, “zespoły, których nie wziąłbym na kompilację Sealesia”, “zespoły, których bym nie wydał, w które nie zainwestowałbym swoich pieniędzy i energii”. Ale jest też sporo takich, z którymi byłoby o czym rozmawiać. Jeśli już mam kogoś wyróżnić, to niech będzie to Mirek Rzepa, któremu wydałem płytę Rymszary. Jest zajebistym muzykiem. Ale kojarzonym ze starą sceną bluesową, która nie jest w poważaniu ludzi, którzy nie są nią zainteresowani. Na swojej pierwszej solowej płycie płycie zagrał muzykę, której się nikt po nim nie spodziewał. Puściłem ten album Mariuszowi Orzełowskiemu (gitarzysta i kompozytor grupy Muariolanza). Stwierdził, że to najlepsza płyta, jaką wydałem do tej pory – w takich sytuacjach wiem, że nie tylko mój insynkt ma rację. Bo gdy Mariusz mówi, że muzyka jest ok, to ona jest ok obiektywnie. On zna się na muzyce teoretycznie i praktycznie.

Ł.F.Do tej pory wydałeś debiutanckie płyty St. James Hotel i Mirka Rzepy, Muafrikę Muariolanzy i kompilację Sealesia, z najlepszymi piosenkami śląskich zespołów ostatnich kilkunastu miesięcy. W planach Keira Is You, projekt muzyków Hariasen.

M.B.– One of those things that you do once in a lifetime and hopefully learn a lesson from, druga płyta Keira Is You, już jest. Dzisiaj premiera. To nie jest projekt muzyków Hariasen, tylko nowy zespół, który powstał po rozpadzie tamtej grupy. Mamy zdrowy układ: koledzy sami sobie wydali tę płytę i sprzedają ją na Zachodzie, bo dużo tam koncertują. Ale chcą też, żeby była obecna w Polsce. Zespół doszedł do słusznego przekonania, wprawdzie po dwóch latach, ale jednak, że skoro wciąż żyje w tym kraju, to powinien też mieć swoje płyty w polskich sklepach. Sprzedajemy je za pośrednictwem mojego dystrybutora, firmy Sonic. Myślę, że nikt na tym nie straci.

Ł.F.-Dlaczego w katalogu wytwórni nie ma już płyty Pasimito pt. Rumi?

M.B.– Ze względów osobistych i biznesowych. Skonfliktowaliśmy się z zespołem Pasimito. Za szybko wydaliśmy tę płytę. Pasimito, tak jak i Muariolanza, grali na Open’erze 2010. Płytę mieli już gotową. Stwierdziłem, że warto ją wydać i pokazać na największym festiwalu w Polsce, tam zrobić premierę. To była pierwsza rzecz, jaką wydałem. Płyta się ukazała, ale potem było już tylko gorzej. Nie chcę wchodzić w szczegóły. W każdym razie tego tytułu nie ma już w moim katalogu. Nie mogę jednak powiedzieć, że żałuję, że ta płyta się ukazała. To jest doświadczenie, które mi bardzo dużo dało – zarówno pod względem współpracy z artystami, jak z podwykonawcami. Wiem już, gdzie nie tłoczyć płyt, gdzie nie drukować okładek. Dzięki późniejszym, już pozytywnym doświadczeniom, mam już zaufaną tłocznię i mam też drukarnię, która nie jest tania, ale wiem, że zrobi to, co będzie odpowiadać projektom Marty i będzie wyglądało właśnie tak, jak tego oczekujemy.

Ł.F.- Jak ważny jest dla Ciebie aspekt wizualny i kto odpowiada za działania graficzne i edytorskie Falami?

M.B.- Marta Strzoda, coraz bardziej uznana artystka wizualna, zwyciężczyni tegorocznego Fotofestiwalu w Łodzi. Prywatnie moja dziewczyna, przyszła żona mam nadzieję, a w tej chwili również partnerka w interesach. Na różnych obszarach działamy razem.
Aspekt wizualny jest ważny. Żyjemy w czasach internetu. Pamiętam, gdy ukazała się nasza płyta Po drugiej stronie Przemszy, podobało mi się, że można ją ściągać za darmo z internetu, że ktoś tego chce słuchać. Teraz już się tym nie jaram, choć w dalszym ciągu nie interesuje mnie ściganie złodziei. Nie mam na to czasu. Uważam, że jeżeli już w tych czasach wydajemy płyte, to nie może to być tylko zbiór piosenek do ściągnięcia w MP3, ale dzieło sztuki samo w sobie – traktowane na równi z muzyką. Żeby chciało się ją mieć w domu, zobaczyć, dotknąć, pogłaskać, powąchać. Nasze pomysły są różne, nasze płyty są i będą bardzo różnorodne. Jeśli się uda, to najbliższa płyta będzie taka, że będziesz ją mógł powąchać, będziesz się mógł nią nawet umyć.

F.F.-Z Martą Strzodą organizujesz też festiwal Silos Falami Fest.

M.B.– Pierwsze śląskie targi sztuki i dizajnu, połączone z podsumowaniem roku w Falami i koncertami zespołów, których płyty wydaję. Mam nadzieję, że zrobimy festiwal również w tym roku. Prace i rozmowy trwają. Aczkolwiek, doszedłem do wniosku, że nie można robić wszystkiego. Próbuję sam siebie na różnych polach, ale działalność organizatora imprez nie jest dla mnie priorytetem. Przez ostatnie pięć lat zajmowałem się niemal w 100 % organizacją Muariolanzy: koncertami, promocją itd. Od jakiegoś czasu mamy menadżera, który się tym zajmuje i to jest ekstra, bardzo fajne.

Ł.F.- Jesteś też dyrektorem artystycznym tegorocznej edycji World Fusion Music Festival. Motywem przewodnim jest Afryka, jesteś miłośnikiem muzyki afrykańskiej? Czym się kierowałeś dobierając zespoły?

M.B.- Afryka to podstawa. Zarówno w muzyce, której słucham, jak w niemal całej muzyce świata. Przed rokiem organizatorzy zaproponowali mi, bym się tym zajął. Już wtedy było wiadomo, że motywem przewodnim ma być Afryka. Rozmawialiśmy o tym ładnych kilka miesięcy. Plany były piękne: miał przyjechać Peter Gabriel, Paul Simon, Finley Quaye, Jimi Tenor z Tonym Allenem. Wszystko się rozbiło o pieniądze. Wybraliśmy artystów, którzy najbardziej nam odpowiadali i na których było nas stać. To fajne zespoły, mam ich płyty, słucham ich. Myślę, że na żywo będzie to interesujące. Warto przyjść już w piątek, m.in. na koncerty Sally Nyollo i Sister Fa, warto być w sobotę na 1884 i MoZuluArt, zapraszam też na koncert Muariolanzy. A w niedzielę m.in. Trio Kiniorskiego, Sudnika i Mamadou Dioufa. Cały program na stronie www.wfmf.pl

Ł.F.Jakie plany na kolejną edycję?

M.B.- Wiemy już, że na World Fusion Music Festival 2012 królować będzie muzyka żydowska.

Dzięki za rozmowę.

Łukasz Folda
fot. www.myspace.com/muariolanza – Joanna Nowicka

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›