Fly Horse – industrial desert rock

11 March 2010 05:36
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

flyhorseFly Horse jest najlepszym dowodem na to, że wyznacznikiem jakości muzyki nie są wyprzedane nakłady płyt, tłumy na koncertach, zdjęcia w gazetach, a pasja, zaangażowanie i sprecyzowana wizja tego, jak chce się brzmieć, co chce się grać. Sporo czasu zajęło mi dotarcie do ich sali prób, która znajduje się na drugim piętrze niemal już nieużywanych zakładów przemysłowych i magazynów na granicy dwóch dzielnic Zabrza.

Gdzieś tam, pomiędzy naturą (rozległe pola i lasy, zabudowania typowo wiejskie), a technologią (zakłady przemysłowe i przyporządkowane im nowoczesne osiedla robotnicze) powstają dźwięki tria, które, podobnie jak ich rodzime, reklamujące się hasłem: “Miasto turystyki przemysłowej” Hindenburg City, ma świadomość wartości historii, z której czerpie, a jednocześnie wie, że tradycję trzeba przekształcać i interpretować na nowo, by wydała świeże, dobrze brzmiące owoce.

Jaką muzykę grają? – dowiedzcie się z poniższej rozmowy, ich profilu MySpace i EPki pt. US-tav-CA, która powinna się ukazać na wiosnę tego roku.

Skład zespołu to:

Jarmol – gitarzysta, wokalista, kompozytor, założyciel

Skała – basista, wokalista, kompozytor,

Roofio – perkusista, wokalista.

Łukasz Folda – Jako, że zespół nie jest jeszcze szeroko znany, zacznijmy od historii. Kiedy powstał zespół Fly Horse, czy znaliście się wcześniej, graliście razem w innych zespołach?

Jarmol: Fly Horse ma swoje początki gdzieś około 1992 roku kiedy to ja i perkusista Henry postanowiliśmy wspólnie urzeczywistniać swoje fascynacje muzyczne. W  1996 roku po dużej rotacji basistów pojawia się Skała. Od 1997. roku graliśmy luźno, mieliśmy próby raz, dwa razy w tygodniu, ale to był materiał improwizowany, nie tworzyliśmy nowych numerów, była to wolna improwizacja. Skład ten trwał nieprzerwanie do 2002 roku kiedy to Henry postanowił rozstać się z muzyką. Roofia poznaliśmy w okolicach 2002. roku – wtedy ustabilizował się skład, powstała nazwa, zaczęliśmy grać koncerty. To właściwy początek zespołu Fly Horse.

Nie uciekniecie już raczej od inspiracji stoner-rockiem, Kyuss czy Queens Of The Stone Age. Czy nie macie już dość odwoływania się do tych zespołów przy okazji mówienia czy pisania o muzyce Fly Horse?

Jarmol: Tak naprawdę, odwołujemy się do Black Sabath, słuchamy dużo takiej muzyki, ale nie jest to jednoznaczne. Gdy się posłucha naszej muzyki, nie jest ona jednoznacznie stoner-rockowa, a wręcz ewoluuje w stronę bardziej melodyjnych dźwięków, cięższego grania, ale i melodyjnych wokali, także w tej chwili sporo eksperymentujemy, dodajemy sporo nowych rzeczy. Sam stoner-rock jest dla nas trochę za wąski, za ciasny. Próbujemy w jakiś sposób przeprowadzić ekspansję muzyczną na inne rejony. Pojawiają się tu rzeczy nowe.

Czy mamy dość? To są w pewnym sensie ludzie, którzy przetarli szlaki. Na początku było nam miło słyszeć, że jest to stoner-rock, a teraz przechodzimy obok tego obojętnie, bo naprawdę wielu ludzi słyszy rozmaite dźwięki (inspiracje) w naszej muzyce. Na szczęście nie jest ona jednolita, jednoznaczna. Ciężko nas określić jako typowo stoner-rockowy zespół.

A co Was jeszcze inspiruje poza tym gatunkiem? Może jakieś zespoły spoza okolic rocka i metalu?

Skała: Na pewno muzyka klasyczna: Mozart, Bach – są to muzycy, których zawsze ceniłem. Poza tym z historii rocka: Jimmy Hendrix. Ci ludzie najbardziej wpłynęli na mój gust i smak muzyczny, zawsze lubiłem ich słuchać.

Roofio: Bardziej mocna muzyka, głównie rockowa, m. in. Biohazard, Living Colour, Thumb, Life of Agony, Stone Temple Pilots, Type O Negative czy Corrosion of Conformity.

Jarmol: Ja z kolei słucham sporo róznej, nowej muzyki, ale moim ulubionym wykonawcą jest Harold Budd, jest to muzyka eksperymentalna. Dużo Radiohead. Poza klasyką stoner-rocka takie zespoły jak The Beatles, czyli rzeczy starsze, ale i nowoczesne jak Dead can dance, Death Cube, Refused. Poza tym ważnym zespołem dla nas jest Cocteau Twins. Szeroki wachlarz brzmień, z każdego gatunku mam ulubionych wykonawców, koledzy podobnie.

GOP był długi czas związany z ciężkim przemysłem. Czy inspiruje Was przemysł sam w sobie, czy otoczenie hut, kopalń, magazynów miało i ma wpływ na Waszą muzykę? Podkreślacie związki z regionem, z Górnośląskim Okręgiem Przemysłowym. Dlaczego?

Jarmol: No bo my som stond, niy? My sie sam urodzili i sam chyba umrzymy (Bo jesteśmy stąd, tu się urodziliśmy i tu chyba umrzemy – tłum. red.). Jest to region, który ma bogatą tradycję, kulturę i jest mocno inny od reszty Polski – mentalnie i kulturowo. Jeśli ktoś tu mieszka, widzi te różnice. Rdzenni mieszkańcy z Górnego Śląska mają inną mentalność, niż reszta Polski – tego się nie da wykluczyć. Gramy dla wszystkich, ale jesteśmy stąd i nie możemy od tego uciec. Nie będziemy teraz udawać, że jesteśmy rdzennie polskim zespołem. Mieszkamy w określonym miejscu, myślimy w określony sposób. Jeśli chodzi o GOP, mam skojarzenia z Birmingham, skąd pochodzi Black Sabath i kilka innych zespołów. Jest to środowisko robotnicze, a jednocześnie ma dużo do powiedzenia, jeśli chodzi o sferę wrażliwości. Powstały tam rzeczy, które nas inspirowały.

Skała: W Anglii tą samą rolę odegrał Liverpool, jako region górniczy, ale o niezwykłej wrażliwości i z mnóstwem kapel. Samo to, że człowiek żyje w takich warunkach, musi oddziaływać, nawet podświadomie.

Brzmienie Fly Horse jest bardzo charakterystyczne, słychać, że jest to przemyślane. Czego używacie, żeby je osiągnąć?

Jarmol: Kochamy firmę Ampeg. Dla nas to firma kultowa, ze względu na brzmienie, na ciężar, ale używamy też sprzętu z wyższej półki. Skała gra na basie Fendera, Jazz Bass Fender, do tego lodówa Ampeg, docelowo będzie jeszcze SVC Classic teraz jest SVT2PRO. Druga kolumna, druga lodówa. Roofio gra na zestawie PDP DW, ale docelowo będzie DW. Ja na razie używam trzech wzmacniaczy, Engela E660 special edition + kolumna Rivera K412T, Ampega V4. Kolumny HK na głośnikach Greenback. I Fender Bassman 4×10 do czystych brzmień.

Na tym bazujemy, na brzmieniu ciężkim, ale jednocześnie klarownym. O to nam chodzi.

Czy uważacie, że istnieje scena muzyczna Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego? Chodzi mi tu o zespoły, które się wspierają, grają wspólne koncerty, organizują je itd.?

Jarmol: Uczestniczymy w tej scenie. Na pewno przyjaźnimy się z zespołem Heartsgarage z Bytomia. Poza tym gramy też czasem z In A House Of Brick (z Zabrza – przyp. red.). Istnieje scena nowego rocka, do której należy In A House Of Brick, Searching For A Calm, 100 TVarzy Grzybiarzy, Chico. Są to zespoły, które mocno działają i są to dobre zespoły. Uważamy, że są to ludzie, którzy mają rzemiosło i mają pomysł na to, co grają. Graliśmy z In A House Of Brick, 100TVarzy Grzybiarzy. Oczywiście z Heartsgarage gramy bardzo często.

Istnieje możliwość kupienia Waszego demo, ale czy macie w planach nagranie profesjonalnej płyty?

Jarmol: Pod koniec lutego wchodzimy do studia Vintage studio im. Toma Waitsa nieopodal Poznania i nagrywamy tam materiał. Czy to będzie czteroutoworowy maxi-singiel, czy coś więcej, tego jeszcze nie wiemy. Zobaczymy. Mamy plan, żeby to wydać, chcemy nagrać porządny teledysk. W sali prób, w której teraz jesteśmy, chcemy nagrać mini-koncert. Chcemy uaktywnić artystyczy świat, podziałać coś razem. Takie plany mamy na teraz.

Później będziemy się zastanawiać nad promocją w radiu na tyle, na ile to możliwe w naszym wypadku.

Macie jakieś plany koncertowe w perspektywie roku?

Jarmol: Na pewno będziemy uderzać do Bielska, na pewno aglomeracja górnośląska. Może gdzieś dalej. W tej chwili jesteśmy skupieni na tworzeniu nowego materiału. Nie chcemy się rozmieniać na drobne. Przypuszczam, że w międzyczasie coś wpadnie. Być może po wydaniu kilku utworów będziemy się bardziej promować koncertowo, ale teraz koncerty wpadają z dnia na dzień. Na pewno Bielsko. Być może Czechowice-Dziedzice, Katowice.

Skąd się wzięła nazwa zespołu i czy coś znaczy?

Skała: Nazwa zespołu wzięła się z idiotycznej sytuacji. Przyniosłem kiedyś na próbę plakat zespołu Ivan i Delfin. Nie jest to mój ulubiony zespół. Akurat w tym czasie musieliśmy wymyślić nazwę dla naszego bandu. I nie wiadomo skąd przyszło mi do głowy, że jeśli zespół może się nazywać Ivan i Delfin, to może się też nazywać Mucha i Koń (Fly and Horse to poprzednio używana nazwa zespołu – przyp. red.). Nazwa powstała w zasadzie z żartu.

Po jakimś czasie, nie jest to dla nas komfortowa sytuacja, bo chciałoby się, żeby nazwa wyrażała nas bardziej. W tej chwili zrezygnowaliśmy z “and” w nazwie, mamy “Fly Horse” i tak już zostanie.

Czy Fly Horse chce coś przekazać, czy chcecie tylko miażdżyć dźwiękiem swoich słuchaczy?

Jarmol: Bardzo często się zastanawiamy nad tym, co chcemy przekazać, stąd też brak tekstów w naszej twórczości, jak dotąd. Ciężko nam było się określić, brać 100% odpowiedzialność za pewne rzeczy, które się klarują. Próbujemy pisać uniwersalnie.

Ogólnie – ma to być raczej pozytywna energia. Nie chcemy narzekać. W tej chwili powstają teksty w języku hiszpańskim, szwedzkim, prawdopodobnie powstanie też jeden w greckim i jeden w języku niszowym, szerzej nieznanym. Jest taka miejscowość – Wilamowice, za Pszczyną. Jest tam 250. osób, które operują tym językiem, który jest częściowo już martwy. Natomiast te 250. osób operuje tym językiem, który jest na pograniczu szkockiego, flamandzkiego i niemieckiego. Są w nim też elementy polskie, ale ciężko cokolwiek z niego zrozumieć. Mamy plan, by uderzyć w tamto miejsce, nauczyć się częściowo tego języka i stworzyć teksty i muzykę. Myślę, że jest to dobry pomysł, żeby ten język przetrwał – chociaż w piosenkach.

Skała: Jeśli znajdziemy złoty środek, jak np. w Heyu – jak Nosowska zaśpiewa, nie są to pierdoły, a nawet gdy śpiewa o banalnych rzeczach, robi to tak pięknie, że to jest coś, to jest klasa. “Krew, szatan, krew, matka, kurwa, spierdalajcie” – też tak można, fajnie, ale to nie jest dla mnie tekst. Jakbym miał piętnaście, osiemnaście lat, gdybym się buntował – wtedy owszem. My chcemy naprawdę powiedzieć coś do ludzi, gdy wychodzimy na scenę. Czasem lepiej jest zrobić to co my, czyli nie pisać tekstów. Niektóre rzeczy nie przeszłyby mi przez gardło, nie warto. Może uda się nam napisać taki tekst, żebyśmy mogli go wykonać na scenie. Albo znajdziemy kogoś, jak to było u Nalepy (teksty Breakoutu pisał poeta Bohdan Loebl – przyp. red.) czy w Dżemie. Może ktoś napisze taki tekst, że to będzie siedziało w człowieku, taki, że będziemy mogli się pod tym podpisać: “Tak, rzeczywiście tak myślę”.

Gdy śpiewasz tekst, w który sam nie wierzysz, ludzie to wyczują momentalnie. Ludzi się nie da oszukać. Jest to nieautentyczne. Jeśli ktoś z tobą pogada po koncercie od razu się zorientuje, że to ściema. Nie będę śpiewał, że ćpam, że umieram, bo tego nie robię, chce mi się żyć, mimo że mam czterdzieści lat (głośny śmiech wszystkich – przyp. red.). I o tym mogę śpiewać, ale musiałbym wtedy: “Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień”.

Może uda nam się znaleźć kogoś, kto napisze tekst, pod którym wszyscy trzej będziemy się mogli podpisać z pełną odpowiedzialnością: “To wam chcemy przekazać, wdrożyć!”. Trzeba brać odpowiedzialność za młodych ludzi pod sceną. Wydaje ci się, że słucha cię pięć osób, a nagle się okazuje, że to ma jakieś konsekwencje. Np. słucha tego chłopak w wieku mojego syna. I ja mam mu wciskać do głowy głupoty, w które on uwierzy?

Jarmol: W nas samych sporo jest humoru, kabaretowego podejścia, ale o pewnych sprawach mówimy poważnie. Np. o miłości – jest to rzecz, która kręci życiem. Dla nas tak jest. Mówimy o życiu, o jego jasnych i ciemnych stronach. Chcemy przekazywać pozytywną energię. Nie chcemy malkontenctwa, wolimy ludziom odjąć trosk, niż ich dodać.

 

Dzięki za rozmowę. Mam nadzieję, że zrealizujecie Wasze plany w 100%.

 

Zabrze, zima 2009. Łukasz Folda.

 

 

 

 

 

 

 

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›