Enchanted Hunters – trójmiejski projekt Gosi Penkalli

14 August 2012 19:35
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Przemysław Spadło: Wcześniej Open’er, teraz OFF, to chyba udane lato? Jak wrażenia po jednych z największych festiwali nie tylko w Polsce, ale i w Europie?

Małgosia Penkalla: To są na pewno udane wakacje. Do line-upu Open’era i OFF-a wskoczyliśmy tak naprawdę w ostatniej chwili, byliśmy nieco zaskoczeni i bardzo szczęśliwi, poczuliśmy też coś w rodzaju ciężaru odpowiedzialności. No bo nie należy przecież dać ciała na tak dużej imprezie! To były nasze pierwsze koncerty na dużej scenie, opanowanie takiej sporej przestrzeni i dystansu między nami i publicznością to jest coś, czego właśnie teraz mamy okazję się nauczyć. Kolejny naprawdę duży profit, jaki płynie z takich występów, to darmowe karnety na cały festiwal (tutaj muszę dodać, że my akurat z OFF-em mieliśmy szczęście, bo graliśmy w piątek, a wykonawcy z soboty i niedzieli dostali przepaski tylko na swoje dni, co wydaje nam się trochę absurdalne). Na Open’erze najwięcej czasu spędzaliśmy z przyjaciółmi, spacerując na luzie między scenami, ale na OFF-ie było już trochę biegania i trudnych wyborów. Ja i Magda baunsowałyśmy na Dam-Funku, Patryk w tym czasie słuchał Kim Gordon, zrobiliśmy sobie zdjęcie z Kurtem Vilem, którego wszyscy kochamy. Fajnie było zobaczyć Iggy’ego i Girę. Żałujemy Napszykłat, Kirka i Piętnastki, których nie obejrzeliśmy – trudno się było zebrać na te wcześniejsze godziny. Tym bardziej doceniamy ludzi, którzy przyszli nas posłuchać, mimo że sami graliśmy o jakiejś piętnastej. Dzięki!

Zostając przy koncertach. Wydaje się że wasza muzyka wymaga specjalnej atmosfery, klimatu. Mimo, że z drugiej strony macie taką swobodę, że w każdej chwili możecie wziąć za instrumenty i po prostu grać. EH znane jest, że często spotkać was można w ciekawej scenerii. Macie jakieś swoje ulubione koncerty, miejsca w których graliście?

Małgosia Penkalla: Najlepiej wspominamy koncert z okazji wydania płyty, który zagraliśmy w ogródku warszawskiego klubu Eufemia. To było dość niecodzienne wydarzenie, bardziej niż samym występem martwiliśmy się, gdzie w niedzielę dostaniemy truskawki, bo chcieliśmy wszystkich poczęstować truskawkami w czekoladzie. Były więc łakocie, porozstawialiśmy wszędzie lampy, trochę wazonów z kwiatami, zrobił się z tego taki trochę zaczarowany ogród – czyli wymarzone miejsce dla nas! To chyba lubimy najbardziej – żeby grać gdzieś na trawie, między drzewami, nad jeziorem, albo nad morzem, i najlepiej po zmroku. Co oczywiście niesie ze sobą pewne ryzyko – zawsze może spaść deszcz, mogą zlecieć się komary, może zrobić się tak zimno, że zdrętwieją Ci palce. No ale wiadomo – no risk, no fun.

Z drugiej strony chciałbym zapytać również o wasze marzenia odnośnie koncertowania. Jest jakieś szczególne miejsce w którym chcielibyście się znaleźć i trochę pograć?

Małgosia Penkalla: Zaczynamy nieśmiało myśleć o koncertach poza granicami Polski. Fajnie byłoby zagrać w Pradze, albo w Berlinie…Albo gdzieś jeszcze dalej. Jest też wiele polskich miast w których jeszcze nie graliśmy i obiecaliśmy sobie, że na jesień trochę sobie pojeździmy. Na pewno odwiedzimy Łódź i Kraków, i Toruń, chętnie wrócimy do Poznania, bo nie zagraliśmy tam nigdy w pełnym składzie. Koniecznie wrócimy do Bydgoszczy, bo są tam super ludzie, i spędziliśmy tam chyba najlepszy pokoncertowy wieczór w historii! Jeszcze nie zaplanowaliśmy trasy, ale najwyższy czas się za to zabrać – na razie dopada nas wakacyjne rozleniwienie.

Moje pytania o koncerty nie są przypadkowe. EH wydaje się właśnie być stricte koncertowym zespołem, jakby trudno było was zamknąć na CD. Jakbyście porównali te dwa światy, koncertowy z albumowym, odnośnie waszego zespołu.

Małgosia Penkalla: To jest dobre pytanie, bo z początku towarzyszył nam (a raczej naszym słuchaczom) dysonans poznawczy. Zaczęliśmy jako zespół koncertujący, na płycie jest materiał, który przygotowywaliśmy na próbach przed występami. Jednak, również dzięki ogromnej pracy naszego producenta Michała Kupicza, ostateczna wersja albumu mocno odbiega od tego, co gramy na koncertach. Jest dużo pogłosów, czasem pojawia się jakiś bit, mogliśmy pozwolić sobie na nagranie dodatkowych ścieżek, zwłaszcza wokalnych, których nie mamy jak odtworzyć na żywo. Zaraz po wydaniu płyty zdarzało nam się słyszeć, że na Peorii trochę straciliśmy taki intymny, akustyczny charakter, jakim cechowały się nasze koncerty. Z drugiej strony teraz, kiedy płyta dotarła już do większej ilości ludzi, słyszymy że trochę szkoda, że gramy tak minimalistycznie, podczas gdy płyta obfituje w producenckie smaczki. Wygląda na to, że nie da się wszystkich zadowolić! Sami nie myślimy o tym za dużo, reprezentujemy takie podejście, że najważniejsze są same piosenki, i jeżeli on są dobre, to bronią się w każdej aranżacji. Chociaż spróbujemy się nieco przybliżyć do brzmienia znanego z płyty, bo bardzo nam się ono podoba. Do tego potrzebne są jednak spore inwestycje w sprzęt muzyczny, a jak wiadomo, polskie niezależne zespoły nie zarabiają jakichś kokosów, więc na razie dochodzimy do tego brzmienia metodą małych kroków.

Dotykając tematu wcieleń, jak to wygląda w czasie tworzenia. Staracie się dokładnie komponować każdy dźwięk, czy nastawiacie się jednak na pewnego rodzaju improwizacje.

Małgosia Penkalla: Nie improwizujemy za wiele. Do tej pory wyglądało to tak, że przynosiłam utwór, który miał już ustaloną strukturę i wychodząc od tego, dobudowywaliśmy kolejne ścieżki. Największa zabawa jest przy pisaniu wielowarstwowych chórków – staramy się tam powrzucać trochę dysonansów, żeby coś tam się w środku gryzło, albo używać takich trochę polifonicznych technik – żeby każda ścieżka miała swój charakter, a nie tylko akompaniowała wiodącej melodii. Oczywiście nie robimy tego z nosem w nutach, tylko „na czuja” – czasem po prostu znajdujesz to najlepsze współbrzmienie z możliwych, i to jest najprzyjemniejszy moment w pracy nad piosenką.

Chciałbym zapytać również o to czym się inspirujecie. Peoria, zarówno z nazwy jak i stylu gry jest nawiązaniem do zachodu. Czujecie się związani z tym klimatem, czy było to raczej przypadkowe?

Małgosia Penkalla: Nie da się ukryć, że słuchamy przede wszystkim zachodniej muzyki. Na pewno cały nurt americany, czy w ogóle takie zjawisko jak singer-songwriter miało silny wpływ na to, co gramy. Ale jest to jedna z bardzo wielu inspiracji. Lubimy też pokomplikowane, math-rockowe struktury, miękkie harmonie w stylu Stereolab czy The Sea and Cake, jaramy się popem, r&b, amerykańskim 90’sowym niezalem, kochamy Ariela Pinka. Każde z nas wyszło od trochę innej stylistyki, ale mamy bardzo podobne poglądy na to, jak powinna brzmieć dobra piosenka.

Wasz debiut postawił wysoko poprzeczkę, nie tylko innych, ale również dla was. Czujecie że jest to wasze optimum, czy jednak macie pewne przemyślenia odnośnie zmian, ulepszeń?

Małgosia Penkalla: Trudno powiedzieć. Jesteśmy naprawdę dumni z tej płyty, ale na pewno nie chcemy, żeby następna brzmiała tak samo. Może będzie bardziej gitarowa? A może bardziej taneczna? Na pewno poszerzy się grono kompozytorów i nie będą to już tylko moje utwory.

Ten gatunek muzyki, w naszym kraju wciąż bywa jeszcze niedoceniany w taki sposób na jaki zasługuje. Oczywiście gusta się zmieniają, ludzie otwierają się na młode zespoły z pogranicza alternatywy, folku itd. Artyści zajmujący się szeroko pojętą alternatywą, w naszym kraju często muszą imać się również innych zajęć aby spokojnie poświecić się muzyce. Doświadczacie tego samego?

Małgosia Penkalla: O, na pewno! Magda i Patryk jeszcze studiują, więc mogą liczyć na wsparcie rodziny, ale ja jestem już zdana w stu procentach na siebie. Dorabiam sobie tak jak wielu muzyków, czyli za barem. Wczoraj miałam taką przygodę, że podeszła do mnie w pracy dziewczyna, która widziała wcześniej nasz koncert, i była zaskoczona, że nie utrzymuję się z grania. Nie wszyscy wiedzą, jak to wygląda, że żyje się trochę na granicy przetrwania. Przykre, ale za granicą też wcale nie jest tak, że można się utrzymywać z muzyki. Różnica jest chyba taka, że tam jakieś mało angażujące dorywcze zajęcie jest w stanie zapewnić w miarę przyzwoite życiowe warunki, a tutaj jest to raczej niemożliwe. Trudno, jak sobie człowiek wybierze taką drogę życiową, to trzeba się pogodzić z problemami.

 Modne jest dziś muzyczne romansowanie poza macierzystym zespołem. Macie jakieś poboczne projekty?

Małgosia Penkalla: Magda studiuje na akademii muzycznej, co polega między innymi na formowaniu bardzo wielu różnych zespołów i graniu mnóstwa koncertów, więc w zasadzie cała jej edukacja jest jednym wielkim pobocznym projektem, albo może odwrotnie? Patryk na razie nie współpracuje z nikim poza naszym zespołem, w tej chwili komponuje z zapamiętaniem gdzieś u siebie w pokoju, i od czasu do czasu czymś się z nami podzieli. Ja piszę wszystkie piosenki z myślą o Enchanted Hunters, ale będę niedługo współpracować z Przemkiem Etamskim przy okazji małej epki. Jestem tym bardzo podekscytowana, ale na razie nie mogę za wiele zdradzać.

A teraz pół żartem pół serio. W EH, co jest rzadkością, dominują Panie. Moje pytanie jest takie: Jak ten biedny chłop z wami wytrzymuje 🙂

Małgosia Penkalla: Hahaha, no nie jest łatwo z nami wytrzymać, Magda jest bardzo wymagająca jeżeli chodzi o precyzję wykonania, więc często dostajemy z Patrykiem baty, bo coś gramy nierówno, albo zdarzy się nam jakiś fałsz. O ile jednak Magda ma w sobie dużo dystansu i profesjonalizmu, to ja potrafię po prostu wpaść w szał, kiedy coś nam nie wychodzi, co jest dużo gorsze. Plusy z grania z dziewczynami są chyba takie, że nikt nie stara się tu stroszyć piórek, grać dziesięciominutowych solówek i walczyć o dominację w zespole. Chociaż, chwała Bogu, nie jest też tak, że wszyscy chłopcy to mają.

 Jakie macie plany na najbliższą przyszłość. Płyta, koncerty, odpoczynek?

Małgosia Penkalla: Na razie na odpoczynek nie ma czasu. W drugiej połowie sierpnia chcemy nakręcić teledysk, a może nawet teledyski, we wrześniu planujemy próby i pracę nad nowszym materiałem, potem chcemy pojeździć trochę po Polsce i pograć koncerty, aaa, no i chcemy do tego czasu nagrać nowy numer, który mógłby taką mini-trasę promować. Dopiero na zimę gdzieś się pozaszywamy i odsapniemy trochę. A potem pomyślimy o nowej płycie.

Dzięki wielkie za wywiad

I do następnego!  

Przemysław Spadło, sierpień 2012

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›