Ciemne rewiry – wywiad z Krojcem

3 lutego 2012 10:49
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Muzyk opowiedział nam o rozstaniu z Lao Che, solowych wydawnictwach i szczęśliwym dzieciństwie. Ponadto zdradził nam swoje plany na najbliższą przyszłość. Jedno jest pewnie – jeszcze nie raz o nim usłyszymy.

Do niedawna wszyscy kojarzyli Krojca głównie jako gitarzystę Lao Che. Od jakiegoś czasu zaskakujesz coraz śmielszymi projektami muzycznymi. Od jak dawna eksperymentujesz z elektroniką?

K: Myślę, że co najmniej od 15 lat. Wszystko zaczęło się jeszcze na studiach, zanim dołączyłem do Lao Che. Stałem się wtedy właścicielem peceta o całkiem znośnych parametrach  i postanowiłem, że zacznę na nim robić muzykę. Od zawsze fascynowałem się elektroniką, uwielbiałem jej słuchać. Postanowiłem więc, że zainwestuję w najprostszy program i samemu zacznę coś tworzyć. Raczej z mniejszymi niż większymi sukcesami udało mi się czasem te pierwsze utwory komuś podrzucić, ktoś zagrał je w  radiu studenckim i tak to jakoś szło. Miałem spory zapał do tworzenia. Później dołączyłem do składu Lao Che. Wtedy to byli moi dalsi koledzy z tego samego miasta, do których czasami wpadałem  na próbę. Tak się jednak złożyło, że ich ówczesny gitarzysta Michał Warzycki musiał odejść z zespołu, a ja wskoczyłem na jego miejsce.

Którzy reprezentanci sceny elektronicznej inspirowali Cię najmocniej w tamtym czasie?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno była to eksperymentująca elektronika pokroju Matmos, czy przedstawiciele niemieckiej sceny, jak  Mouse On Mars. Zawsze dużo bardziej interesowała mnie poszukująca elektronika niż taneczna .Musiało być w niej coś brudnego, złamanego.

Czy dlatego zdecydowałeś się odejść z Lao Che, żeby móc całkowicie poświęcić się solowej działalności??

Też, ale to nie był główny powód. Praca w zespole rockowym jest ciężką pracą, wymaga wielu poświęceń. W pewnym momencie uznałem, że zbyt dużą część mojego życia poświęcam zespołowi Lao Che. Mam  na swoich barkach rodzinę, nie chciałbym przegapić etapu dorastania moich dzieci. W związku z tym postanowiłem, że odejdę z zespołu ponieważ przebywanie 120 dni poza domem, a nawet i więcej, to było dla mnie zbyt dużo. To był główny powód mojego odejścia. Okazało się jednak, że kiedy już pożegnałem się z zespołem mam dużo wolnego czasu. Wybudowałem  miniaturowe studio na strychu swojego domu i kiedy moje dzieci idą spać to zawsze mogę skoczyć tam na kilka godzin i podłubać  w utworach. W związku z czym decyzja o odejściu z Lao Che przyniosła ze sobą sporo pozytywnych  konsekwencji. Nie zmienia to faktu, że granie w Lao Che było bardzo ciekawą podróżą w sensie twórczym, bo wydaje mi się, że to co zrobiliśmy od „Powstania Warszawskiego” było bardzo wartościowe.

Każda wasza kolejna płyta była wielkim sukcesem – zarówno artystycznym, jak i komercyjnym

Sam nie wiem dlaczego tak się stało. Kiedy nagrywaliśmy „Powstanie Warszawskie” zupełnie nie przeczuwaliśmy, że album spotka się z tak dobrym przyjęciem. Może to dzięki takiemu ujęciu tematu? Nie chcieliśmy robić patriotycznej płyty, nie jesteśmy patriotami w prawicowym znaczeniu tego słowa. Po prostu dotykaliśmy tematów, które wydawały nam się bardzo inspirujące. Opisywaliśmy to, co dotyczy nas bezpośrednio, a nie coś co można by nosić na sztandarach, jako wielkie hasła patriotyczne.

Czy na swoim najnowszym solowym krążku „Odludek” próbowałeś jakoś odreagować decyzję związaną z odejściem z Lao Che?

Jest to zdecydowanie reakcja obronna na moje odejście. Nie było łatwo rozstać się z zespołem, bo spędziliśmy razem dziesięć lat. Naprawdę długo się nad tym zastanawiałem. Wszystkie te emocje skumulowały mi się w głowie i odbiły się na krążku. Nie miałem żadnego planu, po prostu  tak wyszło. Emocje wypłynęły także w tekstach, które pojawiły się w kilku utworach. W związku z tym wydaje mi się, że ta płyta jest bardzo szczera. Wszystkie emocje, które przeżywałem  podczas jej tworzenia udało mi się zamknąć w tych utworach.

Album otwiera mroczny numer „Wilcy”, która przypomina dokonania Jacaszka. Czy w tym kierunku pójdą Twoje kolejne projekty?

Ostatnio bardzo mocno interesuję się Jacaszkiem. Podoba mi się jego ostatnia płyta „Glimmer”. Jest też inspiracją dla najnowszych utworów, które robię pod kątem kolejnego wydawnictwa. Uderzają w stronę szumiącej, brudnej elektroniki. Wracam też do gitary jako instrumentu podstawowego. Nie mam jednak na myśli gitary elektrycznej, ale akustycznej, czyli instrumentu strunowego, który ma metaliczny dźwięk, jak struna fortepianu uderzana młotkiem, a nie z klawisza. Sporo podobnych dźwięków można znaleźć u Jacaszka. Mój nowy projekt  ma nawet bardzo roboczą nazwę: Teoria Strun.

Czyli wkrótce możemy spodziewać się kolejnej płyty z Twoim udziałem?

Tak. To, co powstaje obecnie to są gotowe nagrania. Nie tworzę demówek z zamiarem ponownego ich nagrania, rejestruję piosenki za pierwszym podejściem. Pojawi się tutaj dużo instrumentów akustycznych, będzie trochę mrocznego bitu i trzasków z winyla. Generalnie takie ciemne rewiry.

Posiadasz wykształcenie muzyczne. Czy komponując swoje utwory kierujesz się głównie instynktem czy techniką?

Przede wszystkim instynktem. Wydaje mi się, że każdy twórca podchodzi do muzyki instynktownie, a dopiero potem  szuka zaplecza wiedzy dotyczącego tworzenia muzyki i harmonii. Muszę się jednak przyznać, że ostatnio coraz bardziej pociąga mnie muzyka jako sztuka. Przekłada się to na poszukiwanie pewnych wartości w brzmieniu i rozwiązaniach muzycznych. W moim projekcie przybliżam się do muzyki klasycznej ze względu na instrumenty strunowe.

Twój debiut „Kid 78” powstał jako album koncepcyjny poświęcony dzieciństwu. Jak podszedłeś do zamiany swoich wspomnień na dźwięki?

Wszystko to ma duży związek z faktem, że w momencie kiedy zacząłem  rozmyślać nad tą płytą urodziło się moje pierwsze dziecko. Kiedy rozpocząłem nagrania mój syn miał już dwa lata, obserwowałem jego dzieciństwo i porównywałem ze swoim. Podstawą utworów były numery, które przez lata leżały w szufladzie. Zrobiła się z tego taka mała retrospekcja. I ponieważ dookoła biegał mały chłopak łudząco podobny do mnie, miałem jazdę na dzieciństwo i postanowiłem zawrzeć to na jednym wydawnictwie żeby jakoś zamknąć tamten etap.

Obserwując dzieciństwo swojego syna możesz ocenić które według Ciebie było szczęśliwsze?

Ostatnio wpadł mi w ręce fajny rysunek dotyczący czasów mojego dzieciństwa, to jest mniej więcej połowy lat 80. Rysunek składał się z samych zapytań typu: jak to było możliwe, że kiedyś biegaliśmy  z kluczami na szyi, biliśmy rekordy na rowerach bez hamulców i nikt się o nas nie musiał martwić. Dzisiaj dzieci do szkoły odwozi się samochodami, a nowinki technologiczne zastępują zabawy na świeżym powietrzu. Kiedy byłem  mały jadłem mnóstwo cukierków, ale potem poszedłem się wybiegać i wszystko było w porządku. Dlatego wydaje mi się, że nasze dzieciństwo było fajniejsze, aczkolwiek jeśli chodzi o okres dojrzewania, to młodzi ludzie mają obecnie więcej narzędzi do wyrażania siebie, realizowania swoich celów.

Utwory z Twojego debiutu doczekały się także remiksów, które trafiły na osobną płytę. Co jest dla Ciebie wyznacznikiem dobrego remiksu?

Ciężko to ugryźć. Wydaje mi się, że takim wyznacznikiem jest totalna zmiana początkowego zamysłu danego kawałka. Remiksy możesz oceniać tak, jak całą sztukę – albo coś Ci się podoba albo nie. Nie ma większego znaczenia czy utwór rockowy został przerobiony na elektro czy odwrotnie. Z moją pierwsza płytą było tak, że kiedy ją wydałem  to nagle okazało się, że w Płocku jest wielu twórców związanych z muzyką elektroniczną, którzy robią fajne rzeczy. Na płycie z remiksami znalazł się m.in. Teielte, który pojawia się także na „Odludku”.

Poza pełnieniem roli muzyka i ojca jesteś także szefem swojego wydawnictwa InnerGuN. Jak prowadzi się taki biznes w ciężkich dla czasach dla muzyki?

Niestety mało osób kupuje w Polsce płyty. Samo prowadzenie wydawnictwa jest dosyć proste i dziś każdy może to robić. Jeśli chcesz działać profesjonalnie wystarczy, że założysz działalność gospodarczą i dalej możesz sprzedawać muzykę w bardzo prosty sposób za pomocą serwisów muzycznych, które dają taką możliwość. Musisz jednak liczyć się z tym, że jeśli zainwestujesz w to pieniądze, to one raczej się nie zwrócą. Być może wyjdziesz na zero. Jeśli nie jest to muzyka komercyjna, to ciężko liczyć na zyski. No chyba, że jest to uznany zespół, który jest dość długo na rynku  i gra sporo koncertów. Wtedy może być inaczej. Jeśli chodzi o stronę biznesową wydawnictwa, to jest to kwestia inwestycji i długiego czekania na jej zwrot. Ciekawym przykładem jest zespół  kIRk i ich płyta „Msza święta w Brąswałdzie”, którą miałem szczęście wydać. Album zebrał bardzo dużo dobrych  recenzji, które ukazały się praktycznie w każdej prasie – zarówno w gazetach codziennych, jak i czasopismach muzycznych. Niestety zupełnie nie przekłada się to na sprzedaż płyt, która idzie bardzo słabo. Tak to niestety wygląda. Ludzie są atakowani tak dużą ilością bodźców muzycznych, że ciężko z czymkolwiek się do nich przebić.

Chyba, że ktoś zdążył się przyzwyczaić do kupowania tradycyjnych krążków.

Zgadza się, pokolenie trzydziestolatków jest jeszcze przyzwyczajone do płyty CD. Mają oni jednak zazwyczaj wyrobione gusta i ciężko trafić do nich z nową alternatywną muzyką. Z kolei młodzi ludzie, do których ta muzyka jest adresowana, wolą otworzyć komputer i sprawdzić co można dostać za darmo. Nie mówię tu nawet o kradzieży płyt z Internetu, ale o serwisach, w których zespoły udostępniają płyty do odsłuchu za darmo. To czasem najprostszy sposób na bycie zauważonym. Jeśli nie będziesz się pokazywać, to nikt nie przyjdzie na twoje koncerty.

Czyli jedyny pewny zarobek z muzyki to występy na żywo?

Wydaje mi się, że wiele zespołów żyje głównie z muzyki, tak przynajmniej było w Lao. Wprawdzie sprzedawaliśmy sporo płyt, ale dochód ze sprzedaży krążków jest nieporównywalnie mniejszy do zarobków z koncertów. To jedyna droga do zarabiania na muzyce przynajmniej na początku. Chyba, że od raz zrobi się kilka hitów i ZAiKS będzie płacił.

Planujesz wystartować z solowymi koncertami?

Tak, wkrótce ruszam z występami solowymi. Na koniec marca mam zaplanowany pierwszy koncert. Chciałbym  ruszyć w Polskę, ale na pewno nie w takim stopniu jak Lao. Między innymi dlatego odszedłem  z zespołu. Fajnie byłoby zagrać gdzieś około 20 koncertów zamiast 120. Zresztą na pewno będę grali mniej, bo moja muzyka jest dużo mniej popularna.

fot:http://www.facebook.com/krojcmusic

Marcin Bieniek, styczeń 2012

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Komentarze (0)

  1. Olo Ratuj napisał(a):

    Jak ja lubie jak artysci się wstydzą,boją że a nóż ich się posądzi o poglądy prawicowe /konserwatyzm,liberalizm,patriotyzm/ ufff bo jeszcze reklamy w mediach nie będzie 😀 hahaha


Zobacz wszystkie wywiady ›