Chcemy być nieprzewidywalni – wywiad z Bubble Pie

11 March 2012 23:27
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Debiutancki album Bubble Pie, to obowiązkowa propozycja dla miłośników ambitnego gitarowego grania. W przerwie między pakowaniem busa, a ostatnimi próbami przed trasą promującą krążek, Łukasz Lembas opowiedział nam o kulisach powstania płyty.

GIM:Zanim trafiliście do jednego zespołu graliście w kilku innych krakowskich składach (m.in. 10.000 Szelek, TELE). Jak doszło do powstania Bubble Pie?

BP-Kraków jest słynny z “kazirodczych” relacji, tutaj każdy z każdym w końcu zagra więc i nas nie ominęła ta tendencja. A tak poważnie, to odpowiednia konstelacja wydarzeń sprawiła, że udało nam się zagrać próbę w trójkę i wybuchło. Coś musi być na rzeczy skoro w tak krótkim czasie dotarliśmy do tego miejsca w którym jesteśmy. Dodam, że wcale nie było to od początku jasne, że Maciek będzie śpiewał, to wyszło w praniu i właściwie po latach przerwy musiał się uczyć używania głosu na nowo. Faktycznie, trochę nas samych zaskoczyło pojawienie się tego zespołu (śmiech).

Czy powstaniu Bubble Pie towarzyszyły jakieś konkretne założenia muzyczne? Wasza muzyka na pierwszy rzut czerpie z szeroko pojętego noise rocka, ale to chyba nie jedyna wasza inspiracja?

Noise rock chyba jako jedyny czynnie uprawiałem, więc pewnie coś przemyciłem, dlatego też szczególnie mi miło, że to słychać. A poważnie, to akurat w Bubble Pie noise zdecydowanie nie jest na pierwszym miejscu w kontekście inspiracji. To bardziej wypadkowa  tego, co się dzieje na próbach. Bardziej skupiamy się na melodiach i układzie kompozycji, a że słychać przy okazji trochę gitarowego brudu, to pewnie przez to, że nie chcemy popadać w zbytnią słodycz, a przy okazji maksymalnie rozszerzyć brzmienie, w tak minimalnej formule, jakim jest trio.

Nie zwlekaliście z nagraniami. Dlaczego zdecydowaliście się wydać epkę po zaledwie czterech miesiącach wspólnego grania?

Z “Funny Worries” trochę poszliśmy na żywioł. Jednak wspomniana epka była swego rodzaju przepustką do grania koncertów. Z kolei spora liczba koncertów, jakie udało nam się zagrać, niejako promując “Funny Worries” ukształtowała to, jakim zespołem jesteśmy dzisiaj, i w dużej mierze to, jak brzmi “Bathroom Stories”. Mówiąc krótko – była nam potrzebna, by się dotrzeć jako zespół.

Do utworu “Fast Cars” powstał niecodzienny teledysk.  Wydawać by się mogło, że ta forma promocji już dawno przestała kogokolwiek interesować, jednak wy wyskoczyliście z bardzo ciekawym klipem.  Jak doszło do jego powstania?

Do tej pory nie wiem, czy by nas ta forma interesowała, gdyby nie jeden niewinny telefon od mojego przyjaciela, Sebastiana Komorowskiego. Sam zaproponował stworzenie animacji, co w naszym przypadku było przysłowiową manna z nieba. Później, już w duecie z Michałem Ambrożym błyskawicznie stworzyli scenariusz i … dopiero wtedy zaczęła się mozolna, półroczna praca Sebastiana. Efekt? Każdy sam go może ocenić, ale spotkaliśmy się tylko z pochlebnymi opiniami. Morał tej historii jest taki, że Sebastian wraz z Michałem założyli Amberground Pictures i mają zamiar zajmować się realizacją animacji na poważnie, a przy okazji poszli za ciosem i tworzą dla nas kolejny klip. Z tej historii póki co wynikają same plusy.

Na debiut nie kazaliście długo czekać. Dlaczego zdecydowaliście się wydać płytę własnym sumptem? W ostatnim czasie pojawiło się w Polsce kilka małych wydawnictw, które mogłyby być zainteresowane Waszą muzyką.

Można powiedzieć, że w tym akurat wszystkie karty były w naszym ręku (śmiech). Wysłaliśmy materiał do kilku wytwórni. Nie chcieliśmy jednak  czekać w nieskończoność na ich reakcję, wiedząc, że sytuacja tego rynku nie jest szczególnie różowa. Nie mieliśmy też presji, by wydała to jakaś wytwórnia, więc możemy stwierdzić, że wszystko potoczyło się dobrym torem, bo mamy nad Bubble Pie pełną kontrolę. Poza tym wbrew pozorom to wcale nie takie trudne wydać dzisiaj płytę samemu, więc dlaczego mielibyśmy tego nie zrobić?!  Sami kupujemy płyty głównie na koncertach, bądź przez sieć, więc można powiedzieć, że przekuliśmy nasze konsumenckie zachowania w zespołową politykę.

Płyta została wydana w duchu DIY, ale brzmieniowo słychać, że podeszliście do tematu profesjonalnie – skorzystaliście z pomocy Michała Kupicza i Nilsa Frahma. Dlaczego skorzystaliście akurat z ich pomocy? Czy wnieśli coś istotnego do waszej muzyki?

Wybór Michała w pewnym momencie okazał się dość oczywisty, bo w ostatnich latach to spod jego palców wyszły płyty, które najbardziej do nas trafiły. Później, już podczas samego nagrania wyszła na jaw jego kapitalna muzyczna czujność. Byliśmy mile zaskoczeni, bo kiedy my zaczynaliśmy nagrywać, Michał miał już koncept, jak mamy brzmieć. Nam nie pozostawało nic innego, jak to zaakceptować, bo trafił w nasze gusta idealnie. Co do Nilsa, to jego akurat wypatrzył Maciek. Praca masteringowców zazwyczaj nie jest szczególne doceniana, ale akurat on świetnie dopieścił to, co zrobił już Michał. A że Nils jest z Berlina? Dziękujemy Bogu za Internet, bo nie ruszając tyłka sprzed komputera mamy mastering zrobiony przez faceta mieszkającego w Berlinie, z arcyciekawym portfolio, a nie widzieliśmy go nawet na oczy.

Macie spore doświadczenie koncertowe, występowaliście m.in. u boku NoMeansNo. Którą wersję poleciłbyś osobom, które nie miały jeszcze z wami do czynienia – Bubble Pie z płyty czy Bubble Pie na koncercie?  Czy te dwa wcielenia różnią się od siebie?

Koncept co do płyty był jasny – ma prezentować brzmienie odmienne od tego, które serwujemy słuchaczom na żywo. To akurat się udało, a która wersja jest lepsza? Hmm… Zależy, jaki kto ma aktualnie humor, ale Bubble Pie w wersji koncertowej jest zdecydowanie bardziej rozczochrane, aniżeli na płycie. Zwłaszcza, że na żywo coraz częściej zapuszczamy się w bliżej nieznane, rozimprowizowane rejony. Ktoś, kto jest zauroczony naszą płytą, może nie znosić naszego koncertowego brzmienia, jak i na odwrót. Chodzi nam jednak o to, by nie być zespołem przewidywalnym.

Maciek śpiewa na płycie w dość specyficzny sposób, prawie szepcze. Czy dlatego wspomagaliście się na koncertach megafonem? Skąd ten pomysł?

Cóż, megafon miał być fajną koncertową zabawką, a okazał się urządzeniem, które pewnie świetnie sprawdza się na marszach niepodległości, bądź protestach pracowników budżetówki, ale na pewno nie na koncertach Bubble Pie. Jednak estetycznie na scenie prezentuje się wyśmienicie, więc wystawiamy go wciąż dla picu. Ot cały sekret (śmiech). A co do sposobu śpiewu Maćka, to kluczem jest tu nasze luźne podejście do estetyki gitarowego grania. W końcu nie chcieliśmy także, by zespół zabrzmiał jednoznacznie. Dzięki temu uniknęliśmy zaszufladkowaniu.

Przed wami wiosenna trasa, w trakcie której dotrzecie także na Śląsk, dokładnie 23 marca w Raciborzu. Macie jakieś konkretne oczekiwania co do występów?

Oczekiwania mamy tylko wobec siebie: zagrać co najmniej dobre koncerty. To są nasze oczekiwania i jednocześnie chyba jedyna słuszna zachęta dla potencjalnych słuchaczy.

marzec 2012

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›