„Dajemy z siebie wszystko” – wywiad z zespołem D4D

20 grudnia 2010 18:29
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Do niedawna uznawany za najbardziej męski zespół na polskiej scenie muzycznej. Dick4Dick, a w zasadzie D4D, bo o nich mowa, właśnie wydali swój 4 album na którym pokazują, że chodzi im przede wszystkim o muzykę. Bardzo dobrą muzykę. W odświeżonym składzie, z nowymi pomysłami, D4D wraca do gry!

Marcin Bieniek: Wasza nowa, symboliczna czwarta płyta powstała w lekko odmienionym składzie. Czy ta zmiana wpłynęła istotnie na kształt nowej płyty? Czy dlatego zdecydowaliście się przemianować na D4D?

D4D: Z pierwotnego składu zostały tylko dwie osoby: Bunio i Krystian. Jacek Frąś doszedł już po nagraniu Grey Album, a Tomek Ziętek jest z nami od kilku miesięcy. Stwierdziliśmy, że to najlepszy moment na zmianę czy też raczej modyfikację nazwy. Potrzebne nam było przewietrzenie, poczucie, że zaczynamy coś trochę od nowa i na szczęście okazało się to dla nas korzystne. Czujemy, że dostaliśmy nowej energii, chce się po prostu grać! Jeśli chodzi o Tomka to jego wpływ jest bardzo duży- na muzykę jak i na resztę członków zespołu. Wniósł bogactwo brzmieniowe, teoretyczne ogarnięcie i spokój.

Marcin Bieniek: Wydanie płyty poprzedziła seria wspólnych koncertów z Loco Star. Zagraliście m.in. na festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Pomimo dość nieszczęśliwego miejsca (dach autobusu red bulla) wasz koncert wypadł – nie zawaham się użyć tego słowa – powalająco. Jak doszło do waszej współpracy? Czy wtedy zdecydowaliście, że Tomek Ziętek dołączy do składu?

D4D: Cieszymy się, że Ci się podobało. Z Tomkiem gramy już od lutego, więc jeszcze przed koncertem na Tauronie. Po odejściu Maćka wiedzieliśmy, że chcemy przyjąć do grupy muzyka. Świadomie chcieliśmy odejść od tego z czym nas kojarzono- performancem, wariactwem na scenie, oprawą wizualną. Postawiliśmy na muzykę i chcieliśmy by to ona tym razem niosła show. Co ciekawe, numery wykonywane na żywo dają nam takiego kopa, że szaleństwo i show pojawiły się naturalnie. Nie ma żadnego planowania, ale jest moc jaka była na początku naszej działalności. Widzimy też, że jest pozytywny feedback od publiki i to nas cieszy.

Marcin Bieniek: Na płycie słychać gościnny udział kilku kobiet – w tym Cieślakowych „Księżniczek” oraz Gaby Kulki. Skąd pomysł na zaproszenie ich na płytę?

D4D: Z Gabą Kulką byliśmy na wspólnej trasie, w „Księżniczkach” gra siostra Tomka Ziętka, Julia- czyli odpowiedź brzmi: krąg znajomych i rodzina (śmiech). A zapraszaliśmy gości, bo mieliśmy ochotę poszerzyć spektrum brzmieniowe na tej płycie.

Marcin Bieniek: Jak z perspektywy czasu oceniacie swój poprzedni krążek “Summer Remains”? “Who’s Afraid Of” brzmi jakbyście chcieli odciąć się od gitarowych brzmień i wrócić do elektroniki. Dzięki temu wasz nowy album brzmi jak naturalna kontynuacja debiutu. Zgodzicie się z tym?

D4D: Z „Summer Remains” mamy niejednoznaczne skojarzenia. Z jednej strony mamy z tym miłe wspomnienia- pobyt na wsi, lato i kilka świetnych piosenek: „So Much Love”, „Girls vs Period”, „Canonade”. Z drugiej strony Hollywood- kawałek, który zdobył pierwszą, większą popularność radiową, a jednocześnie jest naszym chyba najsłabszym numerem. A nawet jeśli nie jest, to jest kawałkiem totalnie nie naszym. Oczywiście decyzja o nagraniu tego kawałka była wtedy świadoma i cel został w pewnym sensie osiągnięty, ale teraz wiemy, że nie było to tego warte. Dla mediów i tak byliśmy zbyt alternatywni, a poczuliśmy się z lekka wykastrowani, hehe. Co gorsza cień Hollywood przykrył resztę płyty, która jest po prostu dobra. Co do „Silver Ballads”- jest to o tyle kontynuacja, że najnowsza płyta zawiera podobną, dziką energię, jest elektroniczna i taneczna. Ale nie mamy wątpliwości, że „Who’s afraid Of”? jest dużo bardziej dojrzałym dziełem, bogatszym i ciekawszym.

Marcin Bieniek: Czy zamykający album improwizowany utwór “Szelak” to hołd dla zespołu Shellac, czy po prostu niewinna gra słowna? Numer wypada dosyć zaskakująco na tle pozostałych – po serii tanecznych numerów słuchacz dostaje na pożegnanie rozbudowaną 5-minutową improwizację.

D4D: Nasz kumpel ma ksywę Szelak, oczywiście po kapeli Steva Albiniego. Kiedyś ja (Krystian) i Szelak właśnie, odsłuchiwaliśmy wstępnych szkiców płyty i kumpel strasznie się wkręcił w ten ostatni numer. Szybko padło, że numer będzie się nazywał Szelak, a w postprodukcji dorzuciliśmy szum winyla, żeby uwiarygodnić nazwę.

Marcin Bieniek: Płytę nagrywaliście we własnym studio Dickie Dreams. Praca we własnym studiu gwarantuje większy komfort? Jak odbiło się to na kształcie płyty?

D4D: Praca we własnym studio to to, o czym zawsze marzyliśmy. Z tej strony chcemy podziękować miastu za przydzieleniu nam pomieszczenia. W Gdańsku jest dobry klimat do działań twórczych- wspieramy starania o Europejską Stolicę Kultury. Koniec reklamy.

Marcin Bieniek: W waszym studiu powstała także nowa płyta Out Of Tune „Lights so Bright”. Jej producentem był Krystian Wołowski, pytanie więc do niego – jak wspominasz pracę nad tą płytą?

D4D: To było dla mnie ciekawe doświadczenie, bo miałem dużą swobodę w przepychaniu własnych pomysłów i spotykałem się z dużą aprobatą ze strony zespołu. Praca trwała może i długo, ale efekt jest, mam nadzieję dobry. Mogłem też potestować wiele rozwiązań producenckich, które potem zastosowałem na naszej płycie.

Marcin Bieniek: Skąd pomysł na tak niemedialną i zaskakującą okładkę?

D4D: Okładka miała być mocna. Na początku chcieliśmy umieścić stopy kobiece, ale nie udało się nam znaleźć atrakcyjnej formuły. Może na następnej płycie się nam to uda… W końcu na okładce wylądowało zdjęcie z albumu rodzinnego Jacka. Nie wiemy kim jest ta śliczna kobieta ze zdjęcia, nie mamy też pewności czy jest w jakimś stopniu związana z rodziną Jacka. Na początku nie sądziliśmy, że kobieta w topless może być w jakikolwiek sposób kontrowersyjna, jak się okazuje pruderyjna moralność jest w naszym karju silniejsza niż sądziliśmy. W Toruniu i Olsztynie miasta nie zezwoliły na umieszczanie plakatów na naszą trasę- na plakacie była grafika półnagich kobiet. Grafika! 100 lat temu tego typu rzeczy pojawiały się na salonach w Paryżu, u nas traktowane jest to jak pornografia.

Marcin Bieniek: Aktualnie jesteście na wspólnej trasie koncertowej z zespołem L.Stadt. Jak trasa przebiega do tej pory? Udaje wam się skutecznie roztapiać zmarznięte serca fanów? Jakieś zabawne historie z trasy?

D4D: Z trasą mamy ambiwalentne skojarzenia- z jednej strony spotykamy się z świetnym przyjęciem publiczności, my sami czujemy powrót energii i świeżości, dawno też tak nie bawiliśmy się graniem numerów. Gramy prawie tylko materiał z ostatniej płyty, a 3 kawałki ze starszych płyt zyskały nowe aranże. Dlatego jest to dla nas sytuacja nieco debiutancka. Mamy przecież nowy skład. Najciekawsze, że fani nie domagają się od nas grania starego materiału, nowe taneczne D4D jest po prostu lepsze, ha! Jest jednak druga strona tej trasy. Czujemy, że formuła klasycznej trasy, grania w środku tygodnia na rubieżach kraju wyczerpuje się. Nie prędko wyruszymy w kolejną, chcemy za to skupić się na graniu imprez w dobrych klubach, w weekendy, w formule bardziej tanecznej. Nasza nowa reprezentacja sceniczna świetnie wklei się w imprezy dj’skie. Co do zabawnych sytuacji, nie przypominam sobie żadnych ekscesów, ta trasa to ciężka praca.

Marcin Bieniek: W ciągu kilku lat swojej działalności zespół przeszedł sporą metamorfozę. Gdy zaczynaliście wielu ludzi traktowało waszą muzykę i image z dystansem, mimo, że za tą niepozorną zasłoną żartu krył się doświadczony i przemyślany zespół. Czy próbujecie dziś odciąć się od swojego żartobliwego wizerunku i całkowicie postawić na muzykę?

D4D: Po odejściu Maćka Szupicy, który zajmował się u nas projekcjami video, wiedzieliśmy, że teraz chcemy przjąć do zespołu muzyka. Szczęśliwie doszedł do nas Tomek Ziętek i był to strzał w dziesiątkę! Szybko wykrystalizowała się nowa wizja zespołu, postawienie na klubową elektronikę, a także zmiana kompetencji, ja zacząłem obsługiwać syntezatory, Bunio odłożył gitarę na rzecz samplerów, Jacek też wprowadził więcej syntetycznych beat’ów i zajął się wizualami. Co ciekawe, choć tego nie planowaliśmy, to samoistnie, bez ciśnienia pojawiła się warstwa szołmeńska- zmieniliśmy wygląd, na bardziej surowy i nie żartobliwy, pojawiły się wizuale, a szaleństwo na scenie zaczęło przypominać mi początki grupy. Więc wszystko jest ok, a nawet bardziej! Dajemy z siebie wszystko i znów ze sceny schodzę mokry- to jest dla mnie papierek lakmusowy dobrego koncertu! (śmiech).

Dzięki za wywiad

Marcin Bieniek, grudzień 2010

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›