„Brud i przestrzeń” – wywiad z Elvis Deluxe

8 kwietnia 2011 12:10

Polscy reprezentanci stoner rocka powracają w mistrzowskim stylu. Następca debiutanckiego krążka „Lazy”, to płyta świetnie brzmiąca, z całą masą dobrych piosenek. Miko, perkusista zespołu, opowiada nam o kulisach powstawania krążka oraz nadchodzących planach zespołu.

Marcin Bieniek: Właśnie ukazał się wasz nowy album „Favourite State of Mind”. Kazaliście czekać na siebie prawie 4 lata, co działo się z zespołem przez ten czas? Kiedy zaczęliście pracować nad nowym materiałem?

Miko: Już jakoś tak jest, że w tym zespole z niczym się nigdy nie śpieszyliśmy. Stąd tytuł pierwszej płyty – „Lazy” – która zresztą też powstała po dobrych paru latach istnienia zespołu. Początkowo po prostu Elvis był dla nas wszystkich dodatkowym projektem – Ziemba i Mechu grali w Afraid of That Day, Bolek w Houku, ja w Coalition, także bez ciśnienia układaliśmy te swoje numery. W końcu uzbierało się ich tyle, że trzeba było je nagrać i iść dalej. Po nagraniu jeszcze rok szukaliśmy wydawcy – totalna degrengolada, hehehe… Potem Elvis został dla nas wszystkich „podstawowym” zespołem, cały czas graliśmy koncerty i układaliśmy nowe numery, ale angażowaliśmy się też w inne projekty, takie jak np. The Black Tapes, które zaczęły żyć swoim życiem. Prawdziwy impuls do pracy nad nową płytą dał nam Tomik, kolega Bolka z Ahimsy. Na początku 2010 zaproponował nam sfinansowanie nagrania i wydanie płyty pod szyldem swojej reaktywowanej wytwórni Harmony Records, w której na początku lat 90. wydawał niezależne zespoły. Kiedy padła ta propozycja mieliśmy chyba ze 4 kawałki gotowe (np. „Out All Night” i „A Place to Stay”) z 11, które ostatecznie są na „Favourite…”. Także przez następne pół roku zrobiliśmy jeszcze 7 numerów i pod koniec maja weszliśmy do studia. Mam nadzieję, że teraz trochę się u nas „zagęści”, co już w sumie widać. Zagraliśmy parę koncertów, parę następnych jest w planach, poza tym „Favourite…” będzie można kupić normalnie w sklepie, także jestem optymistą, hehehe…

MB: Płyta powala charakterystycznym „groovem”, który sączy się z utworów. Jak udało wam się uzyskać unikatowe surowe brzmienie charakterystyczne dla płyt sprzed 40 lat? Inspirowaliście się jakimiś konkretnymi nagraniami sprzed lat? Rozwiązaniami technicznymi? Niekonwencjonalnymi metodami nagrywania?

M: Fajnie, że to słychać, bo faktycznie taki był zamysł: brud i przestrzeń. Nie chcieliśmy nagrać kolejnej płyty rockowej zrealizowanej w nowoczesny sposób, bo mnie na przykład to zupełnie nie kręci. Może to jakaś obsesja, ale nienawidzę plastiku w muzyce i jestem wyczulony na wszelkie jego przejawy, także nagrywając chcieliśmy nasze numery „odplastyczyć” na tyle, na ile jest to możliwe we współczesnym studiu nagraniowym. Naszym ideałem było nagrywanie na taśmę, niestety tym razem jeszcze się nie udało, ale komputer traktowaliśmy wyłącznie jako rejestrator dźwięku, a całą obróbkę robiliśmy na sprzęcie zewnętrznym. I tutaj muszę wspomnieć o LWW Studio, które dysponuje zajebistymi, starymi gratami, np. stołem mikserskim NEVE, na którym nagrywał m.in. Machine Head i Cannibal Corpse, pogłosem płytowym z lat 50. i całą baterią równie zacnych mikrofonów i efektów. No i co nie mniej ważne, realizatorzy DJ Zero i Emili Jones mają otwarte głowy i są chętni do eksperymentów, takich jak np. nagrywanie bębnów w windzie towarowej.  Poza tym same instrumenty i wzmacniacze mamy raczej z kategorii „vintage”, czyli stare, odrapane, brudne i trudne do okiełznania, ale przez to wnoszące do muzyki dużo życia i inspirujące. Raczej żadnym konkretnym nagraniem się nie inspirowaliśmy, bo każdy z nas ma inne fascynacje. To brzmienie to jest wypadkowa naszych wyobrażeń o tym, jak powinna brzmieć nasza ulubiona muzyka.

MB: W utworach zebranych na „Favourite State of Mind” słuchać sporo sprytnie przemyconych melodii, niektóre fragmenty są dużo spokojniejsze niż na waszym debiucie. Złagodnieliście?

M: Te melodie zawsze były, tylko dobrze ukryte, hehehe… No i obecność melodii nie oznacza złagodnienia. Po prostu ta płyta jest bardzo zróżnicowana, z jednej strony jest instrumentalny numer bez bębnów i basu – tylko gitara, gitara hawajska i przeszkadzajki, ale z drugiej jednak większość materiału kopie. Kiedyś wymyśliłem, że Elvis to cios taką wielką, ciężką i miękką poduchą. Może nie do końca tak było na „Lazy”, ale „Favourite…” jest znacznie bliżej tego ideału. Poza tym nowa płyta ma bardziej dopracowane aranże, pojawiło się sporo dodatkowych wokali i instrumentów, klawisze… Rozwijamy się i dojrzewamy, nie łagodniejemy.

MB: Jak powstają wasze utwory? Nad takimi kompozycjami jak „This Time” unosi się duch improwizacji. Sporo improwizujecie w sali prób?

M: Nasze numery mają raczej zamkniętą formę rock’n’rollowych piosenek, ale kiedy je układamy, faktycznie gramy sporo improwizacji i coś z tego przenika do ostatecznego kształtu. Najczęściej jest tak, że któryś przynosi na próbę układ typu zwrotka-refren-bridge i razem zastanawiamy się, co z tym dalej. Improwizacje służą do tego, żeby każdy powymyślał swoje partie do tych riffów, które są, no i czasami zdarza nam się trochę popłynąć. Nie jesteśmy jakimiś wirtuozami i najbardziej podobają nam się zwarte, dynamiczne numery, dlatego nie przesadzamy z improwizacjami, żeby nie zanudzić słuchacza.

MB: Płyta nie ustępuje zachodnim produkcjom. Planujecie wydać materiał na zachodzie? Graliście koncerty zagranicą, m.in. w Berlinie, z jakim przyjęciem się spotkaliście?

M: Dzięki za dobre słowo! Nie wiem, czy będzie wydany na Zachodzie, ale na pewno będzie tam dystrybuowany. Już teraz wysłałem parę płyt np. do Niemiec i Szwecji, rozmawialiśmy z paroma sklepami, album pewnie będzie też dostępny na allthatisheavy.com – sklepie stonerrock.com, czyli Mekce fanów podobnych brzmień. Jeżeli chodzi o koncerty, to poza Polską graliśmy na Litwie, w Czechach i w Niemczech. Przyjęcie mieliśmy raczej dobre, ale wiadomo, że podstawą jest to, żeby publiczność wiedziała, na co przychodzi. Jeżeli „Favourite…” zbierze tak dobre recenzje za granicą, jak „Lazy”, to myślę, że ludzie się nią zainteresują. Mieliśmy kilka propozycji koncertów np. z Belgii, Niemiec, ale jakoś zawsze brakowało tego jednego albo dwóch koncertów, żeby taki wyjazd dopiąć. Także myślę, że w końcu uda nam się wybrać na dłuższą wycieczkę w kierunku zachodnim.

MB: Jak oceniacie kondycję warszawskiej sceny post-punkowo/rock’n’rollowej? Takie zespoły jak Elvis Deluxe czy The Black Tapes zdecydowanie na niej przodują. Czy poza tym dzieje się coś wartego uwagi?

M: Pewnie, że tak! Cały czas w Warszawie jest sporo zespołów, nawet jeżeli nie są za bardzo widoczne. Przede wszystkim „nasz bratni” band Soulburners, który akurat jest dość widoczny, jak mi się przynajmniej wydaje. Poza tym post-hardcorowy Capital, hardcorowy Cast In Iron (z udziałem m.in. Arka i Marcina z Sunrise), Cold (nowy projekt Zbycha z Coalition w roli gitarzysty), rock’n’rollowi Assblasters. A na scenie stonerowej jest jeszcze bardzo fajny Natural High z mojego rodzinnego Błonia i np. Luna Negra. Także cały czas dzieje się bardzo dużo i zachęcam wszystkich do interesowania się niezależnymi kapelami, bo to na tej scenie powstaje najlepsza muzyka w tym kraju.

MB: Co z waszymi muzycznymi korzeniami? Część składu występowała w kapelach hardcore’owych, czy to nadal ważny etap w życiu? Czy macie słuchaczy wśród członków sceny hardcore’owej?

M: Jeżeli miałbym mówić o sobie, to moje korzenie muzyczne to punk: Iggy Pop i Dead Kennedys z jednej strony, a z drugiej metal: Slayer, Black Sabbath itd. Ale pierwsze „prawdziwe” zespoły, w których grałem i które cenię do dziś to była scena hardcore – Coalition i Hundred Inch Shadow. Jak już mówiłem wcześniej, wszyscy kiedyś byliśmy zaangażowani w muzyczną scenę niezależną. Elvis Deluxe grał w zasadzie wyłącznie na takich koncertach, co zresztą było zajebiste, bo nie lubię monotonnych koncertów, a my zawsze byliśmy takim rock’n’rollowym przerywnikiem, hehe… Myślę, że hardcorowcy przychodzą na nasze koncerty cały czas, chociaż nie robimy selekcji przy wejściu, więc nie wiem na pewno.

MB: Jakie są wasze plany na najbliższą przyszłość?

M: Przede wszystkim od 11 kwietnia „Favourite State of Mind” będzie dostępne w sklepach, więc cały czas będziemy chcieli promować ten album. Jesienią planujemy pograć koncerty w Polsce, latem jedziemy na hipisowskie granie do naszego znajomego na Litwę – las, jezioro, generator prądu i hałas. Poza tym chcemy w miarę szybko wziąć się za nowe numery. Ja mam już parę pomysłów, mamy też nowego gitarzystę, który chciałby dołożyć swoje trzy grosze. Wcześniej grał w warszawskim Oregano Chino – starej stonerowej kapeli, z którą razem zaczynaliśmy przygodę, więc kuma klimat i nie mogę się doczekać, jakie będą te nowe kawałki. Także mam nadzieję, że do zobaczenia niedługo gdzieś na szlaku!

MB: Pytanie na koniec – gdybyście mieli wybrać: Elvis Presley czy Elvis Costello?

M: „Alison” to jeden z pierwszych numerów, których świadomie słuchałem. „Chelsea” – też zajebista piosenka (o, aż sobie włączę – dzięki za przypomnienie!). Ale jednak okazuje się, że to odpowiednio wyeksponowane ruchy miednicą są przepustką do legendy.

 

Marcin Bieniek, marzec 2011


Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›