The Marians – “Fightclub” wyd.Lou & Rocked Boys , 2011

20 października 2011 13:44
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Grupa The Marians powraca z następcą swojego świetnego (i niedocenionego) debiutu “Radioskun”.  Sprawdźcie czy dużo zmienili się w ciągu tych dwóch lat.
Może to spora przesada mówić, że Mysłowice są gitarową stolicą Polski, ale jeśli zastanowić się przez moment nad tym, że wyszły stąd w świat takie albumy, jak “Miłość w czasach popkultury” Myslovitz, “Uwaga! Jedzie tramwaj” Lenny Valentino czy “Paczatarez” Negatywu, to można przyznać, że coś jest na rzeczy. Ostatnia z tych płyt ukazała się w 2002 roku i od tamtej pory, przez długi czas Mysłowice nie wydały zbyt wielu interesujących krążków (no może poza debiutem Iowa Super Soccer). Tę złą passę przerwali The Marians, którzy w 2009 roku zaprezentowali się ze znakomicie brzmiącym albumem “Radioskun”. Spośród 11 utworów zamieszczonych na płycie, co najmniej połowa z nich, to murowane single. Zespół wyróżniał się świetnymi riffami i dobrymi polskimi tekstami. Aż dziwne, że z taką propozycją nie zainteresowała się nimi żadna większa wytwórnia. Wkrótce po premierze płyty okazało się, że “Radioskun” to fragment trylogii, którą grupa ma zamiar wydać w najbliższej przyszłości. Jej drugą część poznaliśmy właśnie teraz.
“Znowu to zrobili” – można by powiedzieć po wysłuchaniu krążka. “Fightclub” przedstawia nam ten sam zespół, który poznaliśmy na “Radioskun”. To dziesięć szybkich gitarowych numerów wśród których nie ma słabego utworu. Z jednej strony są w tym bardzo tradycyjni – to surowy rock’n’roll grany z tą samą pasją, z którą grali go pierwsi twórcy gitarowej sceny, a z drugiej są bardzo nowocześni – produkcja i uzyskane brzmienie po raz kolejny miło łechce uszy. Największym atutem The Marians jest to, że nie próbują niczego udowadniać. Na krążku słychać, że podchodzą do pisania piosenek na totalnym luzie, po prostu świetnie się bawią. Jeśli już doszukiwać się jakiś urozmaiceń, to można by pomyśleć, że pomiędzy pierwszą a drugą płytą muzycy odkryli nagrania Queens Of The Stone Age. Zarówno singlowy “Top Gun Stuff”, jak i w kilku innych fragmentach (“Cukier”, “Hologramy”), muzycy tną riffy niczym Josh Homme. Ciekawie wypadają też wokalne duetu między Emilem i Carlosem, które urozmaicają poszczególne kawałki.  Jedynym nieporozumieniem na płycie jest cover piosenki “Szare Miraże” Maanamu, który jest idealnym przykładem tego, że jeśli nie ma się pomysłu na przeróbkę, to lepiej w ogóle się za nią nie brać. A już na pewnie nie umieszczać jej na płycie. Ta poradziłaby sobie świetnie bez niego.

Ocena: 7

Marcin Bieniek

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›