L.Stadt – “EL.P”, wyd. Mystic, 2010

9 stycznia 2011 06:12
Want create site? Find Free WordPress Themes and plugins.

Debiut L.Stadt był dużym zaskoczeniem krytyków. Nie dość, że zespół znikąd w krótkim czasie zyskał nie lada popularność w „alternatywnym świecie”, to w dodatku ich muzyka serwuje słuchaczom całkowicie pokręconą muzykę. Może to objaw artystycznego geniuszu, a może zwykłego szaleństwa – co by to nie było, publice się spodobało. Dzieki temu muzycy mogli zbierać swoich fanów na koncertach w kraju jak i za granicą .Między innymi na festiwalach w Ameryce Północnej, Los Angeles, Austin, Toronto – to musiało być coś dla tych młodych chłopców z Łodzi. Po tych wszystkich wrażeniach  czas na kolejna dawkę w postaci nowego albumu pod ciekawym tytułem „EL.P”. Można na nim zauważyć wpływ wyprawy za ocean. Z jednej strony jest troche dobrego amerykańskiego feelingu, a z drugiej strony widać że artyści chca iśc za ciosem tworzące jeszcze bardziej zakręcone piosenki. Co ciekawe, produkcja płyty zajął się amerykanin Mikael Count (Radiohead, No Doubt, New Order), czyli jak widać amerykanizacja pełną parą… swoją drogą Łodzianie  mają większą szansę na sukces za oceanem czy może za morzem (Anglia), bo każdy dobrze wie jaka muzyka w Polsce cieszy się popularnością.  Wracając do „EL.P” – 9 kawałków, co około 30 minut grania – strasznie mało jak na Longplay – za to przeróżnych dźwięków, efektów jest co nie miara, co kontrastuje nieco z minimalizmem w wykorzystaniu klasycznych dla rock’n’rolla instrumentów.
Płyta powala świeżością, jest lekka i przyjemna, choć zdarzają się momenty średnio znośne dla ucha ale moim zdaniem to dobrze, ponieważ muzyka nie sprawia wrażenia mdłej i nijakiej. Wyraźnie słychać gitarę, która tylko czasem ustępuje miejsca na rzecz pianinka. Mamy dużo zabawy z wokalem, raz wyższy i melodyjny, raz niższy i zachrypnięty. Jak już wspominałem – mnóstwo efektów dźwiękowych, chórki, odgłosy, muzyka latino (taneczny Fashion Freak), budzący grozę głos rodem z filmów wojennych jak w uwaga skocznym i wesołym Mumms Attack . Do podobnych szalonych kawałków zalicza się Ciggies z świetnym basem. Oprócz piosenek z humorem jest także czas na wyciszenie się przy balladzie Sun z akustyczna gitarką, chórkami i lekką grą na klawiszach. Jest także mały remake, Death of the sufer girl, wydany wcześniej na singlu, który na nowej płycie uzyskał bardziej zrównoważone brzmienie i sprawia wrażenie poważniejszej piosenki. Klimatyczny zachrypnięty głos doskonale komponuje się z melodią, która idealnie oddaje emocje towarzyszące piosence, może brakować trochę zabawy z wokalem zwłaszcza znają możliwości Łukasza Lacha. Ostatnim utworem jest Jeff, czyli długie uwieńczenie całej płyty.
Trio z Łodzi pokazało wszystkim, że potrafią tworzyć muzykę. Świetny debiut, druga płyta jeszcze lepsza… oczekiwania rosną.

Przemysław Spadło

Did you find apk for android? You can find new Free Android Games and apps.

Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Zobacz wszystkie wywiady ›