Don’t Ask Smingus – “Landslide”, wyd.Gusstaff, 2010

7 listopada 2010 17:00

Don’t Ask Smingus to najbardziej niezwykły polski zespół z jaki miałem okazję obcować od dłuższego czasu. Jego orginalność polega chyba na wszystkim, począwszy od samego powstania zespołu. Wszystko zaczęło się w Krakowie, w którym to przybysz z Wielkiej Brytanii, gitarzysta David Molus spotkał na swej drodze Tomka Zapałę, również zapalonego gitarzystę. Chłopaków nie połączył wspólny język lecz miłość do muzyki: Dylan, Cash, Yorke. Tym samym postanowili ramię w ramię podbić muzyczny świat. Szybko dołączyło do tego wszystkiego kolejne ramię, którego właścicielem był Amerykanin Thymn Chase, wokalista i klawiszowiec. Z biegiem czasu do tercetu przystąpili : basista Jurek Drobota oraz grający na perkusji Jarek Wyka. Wynikiem tych procesów jest powstanie rythm’bluesowego Don’t Ask Smingus. Na codzień urzędujący w Krakowie band wydał właśnie swój pierwszy krążek.

„Landslide” to dawka dziesięciu utworów które zaskakują różnorodnością, dostarczają wrażeń i powodują takie zjawisko jak radość z słuchania muzyki – to chyba najważniejsze. Ta dość egzotyczna grupa wyróżnia się na rynku również samą muzyką. Głównie mamy tu do czynienia z rythm bluesem, jednak z łatwością możemy doszukać się wielkiego wpływu rocka, nieco funky no i folku do którego muzycy podchodzą z gracją, doskonale łącząc wszystko w całość. Co mnie najbardziej zaskoczyło, oczywiście oprócz międzynarodowego składu, choć w dzisiejszym świecie takie zjawisko jest jak najbardziej naturalne i totalnie je popieram, zwłaszcza że muzyka powinna mieć w sobie wpływy różnych kultur – no i właśnie to mnie zaskoczyło. Na płycie są piosenki typowe dla amerykańskiego grania, coś co przypomina indie-rock rodem z Zjednoczonego Królestwa,  no i charakterystyczny Polski klimat, ale o tym póżniej.

Płytka jest bogata w różnego typu kompozycje, od ballad po utwory taneczne. Jej bogactwo polega również na samym posługiwaniu się instrumentami. Nie ma tutaj pójścia na łatwiznę – linia melodyczna plus wokal. Liczne solówki na gitarze, mocne, typowo rockowe zagrywki, melodyka klawiszy, monumentalne organy, „nie-nudny” bass oraz wiele innych instrumentów czasem wydających zaledwie pojedyńcze dźwięki. Nawet wokal David’a zależnie od piosenki ulega nieznacznej zmianie, czasami zachrypnięty, czasami idealnie wybrzmiewający.  Takie utwory jak sentymentalny Going Home, Lying Down Lies, No Tracks, czyli de facto pierwsza trójka. Przeniosą nas wyobrażeniami za ocean, czy to pustynia Nevada czy może z kolei krajobrazy prerri – skojarzenia są dość wyraźne.  Następny kawałek „Soldier On” mi osobiście przypomina muzykę rockową z czasów Polski Ludowej, nieco dziwne porównanie narodziło się w mojej głowie, ale to intuicja i nie mam zamiaru z nią walczyć – a kawałek świetny.  Tytuowy Landslide z kolei jest bardzo artystyczny, posiada taką fajną głebię wspomaganą przez solo na pianinie. Zaraz po nim jest „Batman” czyli energia i rock’n’rollowy pazur.  Ballady: Tied Up i Gagging Order możemy przeciwstawić skocznej Kiss Goodnight, która każdemu przypomni jak się bawi na prawdziwej prywatce.

Debiut jak najbardziej udany, płyta powinna zadowolić każdego. Nawet jeśli z definicji nie lubi się takich klimatów jakimi zajmuje sie Don’t Ask Smingus to i tak warto posłuchać, ponieważ tak na dobrą sprawę każda piosenka jest tak świerza i tak inna, iż nie można tego opisać słowami . Może jedynym minusem jest to, że nie ma tutaj typowych refrenów do nucenia pod prysznicem ale za to jest kawał dobre pracy.

Przemysław Spadło


Dodaj swój komentarz


E-mail (wymagany, nie publikowany)

Komentarze (0)


Zobacz wszystkie wywiady ›